Anna Sobańda: Jak wiele zwierząt pan zabił jako myśliwy?

Zenon Kruczyński: Jedni myśliwi polują od przypadku do przypadku, inni bardziej intensywnie. Należałem do tej drugiej grupy. Dodam, że myśliwi, podając swój „dorobek” łowiecki, biorą pod uwagę tylko zwierzęta duże, pomijają na przykład 13 gatunków ptaków czy tak zwaną drobną zwierzynę - lisy, zające, kuny, borsuki, jenoty, szopy, norki, piżmaki. Rozumiem, że o ten cały drobiazg polny i leśny też pani pyta? Mniej więcej tyle, ile dojrzały człowiek jedzący mięso zjadł kurczaków w swoim życiu - to jest podobna skala.

Dlaczego dla myśliwych liczą się tylko większe zwierzęta?

Ponieważ drobna zwierzyna nie ma znaczenia dla „chwały myśliwskiej”. To jest czysta rozrywka. Zabijanie ptaków i reszty drobiazgu nie ma żadnego uzasadnienia, to wyłącznie hobby, ptaki zaś to żywe, kolorowe rzutki. Cenionemu myśliwemu nie uchodzi chwalić się drobną zwierzyną. Co innego zabić przepiękne zwierzę z rogami, albo, niestety, trafić w człowieka przez przypadek.

Często zdarza się, że w czasie polowania przypadkowo postrzelony zostaje człowiek?

Myśliwi to jedyna grupa społeczna, która może dość swobodnie strzelać z ostrej broni w otwartej przestrzeni publicznej. Gdy zabija się około 1,5 mln zwierząt rocznie, trzeba się solidnie nastrzelać. Nieuchronne wydaje się, że kula czasem trafi nie w to, w co myśliwy chciałby trafić. Rocznie z powodu użycia broni myśliwskiej w związku z polowaniem dochodzi do około czterech wypadków śmiertelnych i około dwudziestu poważnych zranień. Nie znamy liczby postrzeleń poza polowaniami, a i takie się zdarzają. Z powodu użycia broni cywilnej w Polsce ginie rocznie przeciętnie czterdzieści osób.

Czy to znaczy, że spacerując po polskich lasach, nie można czuć się bezpiecznie?

Niestety, jak widać, jakieś zagrożenie jest.

Jakie uczucia towarzyszyły panu, gdy upolował pan swoje pierwsze w życiu zwierzę?

To było zbiorowe polowanie na zające. Na takim polowaniu początkujący myśliwy jest bardzo uważnie obserwowany - wielu starszych kolegów patrzy, jak radzi sobie młody adept. Zabiłem zająca drugim strzałem i poczułem wówczas coś bardzo dziwnego. Coś było nie tak. Proszę sobie wyobrazić tę sytuację: obserwuje mnie kilkunastu ludzi, do towarzystwa których aspirowałem. Zastrzeliłem tego biednego zająca, a ponieważ wtedy bardzo ważne było dla mnie, jak ci ludzie mnie ocenią, starałem się zachować odpowiednio, czyli tak, jak jest to w myśliwskiej społeczności przyjęte. Udawałem więc, pomimo skrywanego zmieszania, że się cieszę. Później nastąpił dziwaczny zwyczaj smarowania krwią, tzw. chrzest myśliwski po zabiciu pierwszego zwierzaka. Trochę na siłę czułem dumę, w końcu tak właśnie wypadało. Wiedziałem, że inicjację myśliwską mam za sobą i już w pełni przynależę do mojej grupy.

Czy przywileje wynikające z przynależności do tej grupy uśpiły w panu refleksję, która pojawiła się po zastrzeleniu pierwszego zwierzęcia?

Nie do końca, te odruchy były przy kolejnych polowaniach, tych bardziej dramatycznych. Nie wierzę też, że tego samego nie doświadczają inni myśliwi. Mówimy bowiem o zabijaniu. Jest to przemoc skrajna, człowiek nie jest w stanie posunąć się dalej. Kiedy się zabija, dzieje się wiele okropnych rzeczy - takich, których myśliwi by nie chcieli. Ale to wszystko straszne musi się zdarzyć, bo to jest zabijanie - zawsze jest krew i fizjologia, miotanie się umierającego ciała, nie ma tak zwanego czystego zabijania.

Jak wygląda zabijanie na polowaniu?

W najbardziej pospolitym wydaniu jest tak: siedzi się w budce żywcem skopiowanej z obozów jenieckich, pociesznie nazwanej amboną. Widzi się zwierzaka, który najczęściej przyszedł się posilić, zaproszony na posiłek jedzeniem zostawionym przez myśliwego, tak zwanym nęciskiem. Wystawia się lufę i naciska spust. Cała siła, jaka jest współcześnie potrzebna myśliwemu, aby zabić, to zgięcie wskazującego palca. Przypomina to trochę joystick w grach - strzelankach. Trafione zwierzę zazwyczaj biegnie i gdzieś znika. Nawet gdy już wyciekają mu jelita, ono wciąż jest w stanie uciekać. Myśliwy je odszukuje i jeśli ono jeszcze żyje, dobija je. Czasem trzeba je osaczyć z psem i dopiero wtedy posłać ostatnią kulę. W ten sposób cierpienie, jakie poranione i ścigane zwierze przeżywa, jest powiększane do rozmiarów grozy. Ale nawet bardzo celne, śmiertelne trafienie powoduje wierzganie ciała w agonii, są odgłosy rzężenia, biegnące ruchy kończyn. Oj, umieranie to nie jest zdmuchnięcie świeczki… Sami myśliwi szacują, że około 25-30 proc. zwierząt nie ginie od pierwszego strzału (proszę sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby to krowy dogorywały z niedociętymi gardłami gdzieś po krzakach w pobliżu rzeźni).

Po wszystkim myśliwy swą zdobycz patroszy. Jeśli trafiona została łania w ciąży (na marginesie: cała zabijana żeńska przyroda jest albo w bardziej czy mniej zaawansowanej ciąży, albo karmi młode, albo oba powyższe, albo właśnie ma gody, a tylko z rzadka pauzuje), zazwyczaj wyciąga się jeszcze płód. Bywa, że ma on już kilka kilogramów, jest niemal w pełni wykształcony. To wszystko nie może nie działać nawet na zaprawionych w zabijaniu myśliwych. Dlatego zawsze może pojawić się znak zapytania, wątpliwość.

Jak myśliwi radzą sobie z tymi znakami zapytania?

Żeby móc polować, trzeba stłumić odruchy serca. Stępić naturalną, wrodzoną, człowieczą wrażliwość. Czasami udaje się to całkowicie. Człowiek musi mieć serce jak z kamienia, aby powtarzanie wciąż i wciąż zabijania było możliwe. Wraz z czasem i rosnącą liczbą zastrzelonych zwierząt może wykształcić się pewien rodzaj wtórnej psychopatii - odcięcia się od tego, co naprawdę się robi, oraz od niewygodnych uczuć, które mogłyby się pojawić.

„Farba” znaczy krew, a „postrzałek” to postrzelone zwierzę, które trzeba „dojść” czyli znaleźć i dobić - czy myśliwski język pomaga w odcięciu się od tego, czym tak naprawdę jest polowanie?

Tak. Innym znieczuleniem jest określenie pochodzące z etyki myśliwskiej: „zabić humanitarnie”. To jest przecież oksymoron - nie można „zabijać” i być w tym samym momencie „humanitarnym”. Albo jestem współczującym, empatycznym i etycznym, czyli humanitarnym człowiekiem - albo zabijam. Myśliwi zastosowali jednak w swojej specyficznej etyce wybieg polegający na tym, że w ogóle nie zajmują się pytaniem podstawowym: „Czy wolno mi zabić?”. Zajmują się jedynie sposobem, czyli odpowiedzią na pytanie: „W jaki sposób zabić?”. Jeśli wystawiają lufę przez okienko ambony, zginają palec i trafiają tak, by uśmiercić zwierzę, uważają, że „zabili humanitarnie” i są tym samym „etycznym myśliwym”, w domyśle - „etycznym człowiekiem”. Myśliwska etyka, czyli etyka zabijania w gruncie rzeczy, co brzmi wstrząsająco, ustanowiona jest na grząskim gruncie.

Usypianie w sobie wrażliwości to chyba spory wysiłek. Do tego dochodzą finanse, jakie pochłania ta aktywność, i poświęcenie czasu kosztem na przykład rodziny. Co myślistwo daje w zamian?

Niektórym ludziom się wydaje, że łatwiej jest żyć, kiedy jest się twardym i bezwzględnym. Człowiek, który chodzi po lesie z żelastwem na plecach po to, żeby zabijać zwierzęta, może czuć się „twardzielem”, zresztą niekoniecznie świadomie. Ale ta korzyść tak naprawdę jest iluzoryczna.

Dlaczego?

Ponieważ życie myśliwskie jest bardzo trudne. Proszę sobie wyobrazić, że co i raz trzyma pani w zakrwawionych dłoniach nóż do patroszenia, który podobnie jak pani dłonie cały jest we krwi i tłuszczu… Nierzadko musi pani patrzeć na połamane kulą nogi czy przestrzelony brzuch zwierzęcia dogorywającego gdzieś w lesie. Musi je pani dobić z najbliższej odległości, wstrzeliwując kulę tuż za ucho lub w nasadę karku, unikając przy tym spojrzenia w gasnące oczy. Widzi pani tylko ostatnie targnięcie ciała. Potem miękki brzuch zastrzelonej przez panią istoty trzeba rozcinać, wyciągać jelita, wyrywać siłą serce i płuca, wylewać z nich krew, ciągnąć po lesie, dźwigać do samochodu, odwozić do skupu. A potem kasować za to konkretne pieniądze. Bo ciało zastrzelonego zwierzęcia to po prostu towar, za który nabywca płaci dostawcy.

Tyle że to nie jest praca, a hobby.

Myśliwi zabijają zwierzęta przez nikogo nieprzymuszeni, i robią to ochoczo nawet wtedy, gdy widzą, że to wyraźnie szkodzi im samym i całej reszcie. To daje poczucie przynależności do pewnej wspólnoty opartej na konkretnym, nawet wyizolowanym społecznie zachowaniu. Nie są w stanie z niej zrezygnować, ponieważ trzymani są w kleszczach. Nazwałbym je pułapką nawyku lub nawet nałogu. A zauważmy, że w sprawie swoich nawyków często okazujemy się bezradni. Prawie nie znam przypadków rezygnacji myśliwych z polowań.

Pan jednak zrezygnował. Co się stało, że podjął pan taką decyzję?

To było zwieńczenie długiego procesu. Jak każdy człowiek miałem w sobie naturalną wrażliwość, chwilowo zagłuszoną, ale wciąż się jednak tlącą. Udało mi się przebić przez mgłę fałszywych przekonań, osądów i "koronnych argumentów", jakie spójnie wiążą środowisko myśliwych. Gdy otwierają się człowiekowi oczy - następuje wgląd. A powrót do stanu świadomości sprzed wglądu staje się niemożliwy. Wtedy życie się zmienia. Myśliwi stoją po stronie śmierci, a próba racjonalizowania tej postawy nie sprawia, że zaczyna ona służyć życiu na Ziemi, ludziom, nikomu.

Pan nie tylko odwiesił strzelbę, ale także zaczął mówić o tym, jak naprawdę wyglądają polowania. Książka „Farba znaczy krew” pokazuje brutalny obraz myślistwa. Jak zareagowało na pana postawę środowisko byłych kolegów?

Brutalny obraz? Szczery po prostu. Rzadko mam kontakt z myśliwymi, chociaż to nie ja ich unikam. Nie jestem niczyim wrogiem, stoję tylko po stronie zwierząt, bo one same nie obronią się przed kulą. A przecież nie ma potrzeby generowania tak wielkiej ilości przemocy wobec zwierząt. Jeśli już stajemy przed dylematem "czy zabić?", róbmy to po głębokim zastanowieniu. Powinno się z tym wiązać też poczucie wielkiej przykrości.

Myślistwo to wyłącznie męskie zajęcie, czy też zdarza się, że polują także kobiety?

W Polsce poluje trzy tysiące kobiet i 300 księży. Widzę ich splamione krwią koronki przy mankietach ornatów, gdy unoszą hostię. Dziwny obraz. Na szczęście, jako społeczeństwo zaczynamy przecierać oczy i zauważamy, że wśród nas żyją ludzie, którzy zajmują się zabijaniem dla przyjemności. Przestajemy się na to zgadzać. Badania opinii społecznej z grudnia 2016 roku mówią, że tylko 10 procent społeczeństwa popiera łowiectwo. W wielu środowiskach lepiej nie przyznawać się do tego, że się poluje. Myśliwi narzekają na tę dokuczliwość społeczną, twierdzą, że dotyka ich ostracyzm. Mówią o tym z poczuciem krzywdy.

Dlaczego dzieje się to właśnie teraz?

Myśliwi operują zestawem „koronnych argumentów”, a jednym z nich podzielił się obecny minister środowiska, który stwierdził, że gdyby nie polowania, „Polska by zubożała, ponieważ rosnąca populacja zwierzyny zeżarłaby nam wszystko, co jest na polach”. To kiedyś działało. Ludzie nie wiedzieli, co tak naprawdę dzieje się na polowaniach i znali jedynie obraz łowiectwa przedstawiony przez myśliwych. Ci zaś przekonywali, że to coś potrzebnego i korzystnego dla przyrody oraz dla całego społeczeństwa. To się zmieniło.

Pan się z tym argumentem nie zgadza?

Kwota odszkodowań łowieckich (pieniędzy wypłacanych rolnikom za szkody wyrządzone przez dzikie zwierzęta lub powstałe w czasie polowań - przyp. red.) to 1,77 zł rocznie na każdego obywatela. Nie ma mowy o wyraźnym znaczeniu ekonomicznym tego zjawiska. Stać nas na to, żeby stworzyć fundusz odszkodowawczy i płacić rolnikom rekompensaty za dzielenie się jedzeniem z naszymi sąsiadami na Ziemi, którzy tu się urodzili, mają prawo jeść i mieć potomstwo. Poza tym jak argument o szkodach łowieckich ma się do polowań na ptaki? Według szacunków koalicji "Niech Żyją!" na skutek polowań i postrzałów ginie ich ok. 700 tys. rocznie. Proszę sobie wyobrazić, jak wspaniałym bylibyśmy krajem, gdyby ptaki były u nas bezpieczne. Takiego PR-u Polska teraz potrzebuje. Gdyby zamiast na prymitywną ekonomicznie gospodarkę łowiecką, postawić na turystykę przyrodniczą, która rozwija się na świecie sześć razy szybciej niż inne gałęzie turystyki, wzbogacilibyśmy naszą gospodarkę o miliardy.

A co pan sądzi o biblijnej zasadzie, na którą powołuje się minister środowiska: „czyńcie sobie ziemię poddaną”?

To jest myślenie ludu płaskiej Ziemi. Czyńcie sobie Ziemię poddaną? Ziemię, która obraca się wokół własnej osi z prędkością 1600 km na godzinę i zawrotnie mknie po orbicie słonecznej 107 tys. km na godzinę, a pod jej cienką niczym skorupka jajka powierzchnią wrze lawa? To jest strasznie butne. Proszę zauważyć, że jest to postawa krwawego dyktatora, a dyktatorzy często kładą szyję. Tymczasem my jako ludzkość nie jesteśmy w stanie zrobić Ziemi nic! Całe zło, jakie wyrządzamy, czynimy wyłącznie sobie i pozostałemu istnieniu ożywionemu i nieożywionemu. Ziemia tymczasem bardzo łatwo może się z nas otrząsnąć, niczym pies z wody.

Wróćmy do „koronnych argumentów”, jakimi posługują się myśliwi. Kolejnym jest regulowanie populacji. Myśliwi twierdzą, że gdyby nie ich działalność, populacja zwierząt rozrosłyby się w sposób niekontrolowany.

Populacje zwierząt wymknęły się myśliwym spod kontroli i wciąż rosną. Jednym z powodów jest to, że myśliwi wwożą do lasów ok. 100 tys. ton karmy rocznie. Z takiej ilości karmy w hodowli zamkniętej można wyhodować 250 tysięcy świń o wadze 100-115 kilogramów.

To jest to dokarmianie zwierząt, którym myśliwi lubią się chwalić?

Tak. I to właśnie dokarmianie jest jednym z czynników wzrostu populacji, bowiem w przyrodzie jest tak, że im więcej jedzenia - tym więcej zwierząt. Drugim czynnikiem jest tzw. odstrzał stabilizacyjny - jeśli np. mamy w końcu marca 100 zwierząt w stadzie i wiemy, że to stado urodzi kolejnych 100 osobników, to w sezonie łowieckim dajemy sobie przyzwolenie na zastrzelenie 100 zwierząt, żeby zachować wielkość stada podstawowego. Tymczasem, jeśli będziemy cały czas wybijać stado do stanu wyjściowego i jednocześnie masywnie karmić, to jego mechanizmy rozrodcze będą pracowały na najwyższych obrotach. Do tego dochodzą zmiany związane z ociepleniem klimatu, brak mroźnych zim, dłuższa wegetacja i większa dostępność pokarmu. To są czynniki przyrodnicze o wiele silniejsze, niż oddziaływanie myśliwskie.

Myśliwi mówią też, że regulują populację w zastępstwie drapieżników, których nie ma.

To kolejny przejaw przyrodniczej ignorancji. Drapieżnictwo w pewnym stopniu wpływa na wielkość populacji, ale przede wszystkim utrzymuje stada w zdrowiu. Równowaga w przyrodzie ułożona jest tak, że drapieżnik nie jest w stanie dogonić zdrowego zwierzęcia, dlatego na przykład wilki testują stado, goniąc je. Po 100-150 metrach widać już, czy w stadzie jest chore zwierzę, a więc czy jest szansa na pożywienie. Wówczas dają z siebie wszystko, żeby to słabsze zwierzę dopaść. Dzięki temu ono nie zaraża stada, nie zostawia potomstwa. Tymczasem myśliwy celujący do jelenia z ambony nie ma szans oszacować, czy jest to zdrowy, czy chory osobnik. Nie ma rentgena w oczach, aby ocenić ilość tłuszczu w szpiku łani, do której celuje. I przecież nie pogoni za nią z tym swoim karabinem na plecach, by przetestować jej siłę. Łowiectwo nigdy nie zastąpi działalności drapieżników, które zresztą myśliwi sami wybili prawie do nogi, gdy tylko uzyskali miażdżącą, technologiczną przewagę.

Zenon Kruczyński (ur. 1950) – kiedyś myśliwy, dziś publicysta i aktywista ekologiczny zaangażowany na rzecz zmiany stosunku wobec zwierząt i środowiska. Działa w organizacjach pozarządowych, rzecznik ekologii głębokiej. Inicjator kampanii „Ratuj drzewa” i „Niech Żyją!”(niechzyja.pl). Autor projektu „Wgląd w relację pomiędzy ludźmi a zwierzętami”, nauczyciel mindfulness. Mieszka w Puszczy Białowieskiej.