Nic dziwnego – dotychczasowy system zakładał, że nauczyciel (najlepiej wraz z klasą) wybiera cztery moduły spośród 10, ale słowo "wybiera" budzi w obecnej władzy wrogość, zatem stało się, jak się stało. Wróciło rytmiczne nauczanie od mamuta do "dobrej zmiany". Po drodze Polacy walczą o niepodległość i, na ogół, giną.

Z zasady traktuję podstawy programowe po macoszemu. Co to za nauczyciel, który pozwala sobą komenderować biurokracji? Również nową podstawę programową zmuszony jestem traktować jako kolejny przejaw pychy nowych wszystkowiedzących ekspertów – ale modułu „Swój czy obcy” akurat bardzo mi żal. Nikt i nigdy nie powinien wybaczyć edu-biurokracji wymiecenia ze szkoły jedynego, jak do tej pory zgrabnego pomysłu na to, jak uczyć Polaka polskości w kraju, którego historia jest polsko-żydowsko-ukraińsko-białorusko-niemiecka. A także szlachecko-chłopska (przez ile to wieków dziedzic i chłop byli sobie właśnie „obcy” bez względu na etniczne więzi). Wielokrotne konfrontowanie się z pytaniem o związki Polaków i Ukraińców czy Polaków i Żydów w logicznym ciągu ma szansę prowadzić młodzież do budowania własnej tożsamości. Niestety, władza obecna wierzy raczej w tożsamość podyktowaną i zbudowaną na konflikcie osłodzonym heroizmem.

Mądra władza (wiem, mówię o jednorożcu) sprawdziłaby, jak uczono tego modułu w różnego gatunku szkołach i klasach. A następnie doprowadziła do powstania ulepszonego sposobu prowadzenia lekcji na temat „Swój czy obcy”. Bodaj nie ma obecnie ważniejszego pytania, które należy w szkołach stawiać.

No tak, ale po co stawiać pytania, skoro eksperci już znają odpowiedzi.