W szczycie konfliktu z Jerozolimą, gdy już było wiadomo, że przeciw Polsce są również Stany Zjednoczone, prezydencki doradca prof. Andrzej Zybertowicz w wywiadzie dla „Polski The Times” skomentował, że „antypolonizm w Izraelu bierze się z poczucia wstydu za bierność Żydów w czasie Holokaustu. To forma odreagowania”. Z kolei w ostatnią niedzielę podczas wykładu na temat relacji polsko-żydowskich w Chełmie Mateusz Morawiecki przekonywał, że „pierwszym aktem zbrodni na Żydach, która w historiografii żydowskiej jest czasami przyrównywana wręcz do Holokaustu, było powstanie Chmielnickiego”.

W zasadzie nawet miał rację. Rocznicę wymordowania przez Kozaków Żydów z Podola w 1648 r. wybitny rabin Sabataj ben Meir ha-Kohen ogłosił dniem surowego postu i żałoby – Chuf Sywn. Nie wiadomo tylko, czemu miało służyć posługiwanie się tym akurat przykładem w samym środku sporów o historię. To jednak nie koniec. Zaledwie chwilę po zaproszeniu wiceszefa Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa do Warszawy, które ma być początkiem ocieplania relacji z Brukselą, policja na polecenie prokuratury i zgodnie ze sztuką stosowaną wobec najgroźniejszych przestępców zakuła w kajdanki Władysława Frasyniuka.

Tych kilka pozornie ze sobą niezwiązanych wydarzeń z ostatnich dni rodzi poważne wątpliwości co do zdolności dokonania przez polskie władze nowego otwarcia na arenie międzynarodowej. Nawet jeżeli jest taki plan, ma on ogromną szansę rozbić się o rafy dyplomatycznego tupolewizmu i zwykłej głupoty. Jak można wierzyć w zdolność do unormowania stosunków z Izraelem i USA, jeśli główny ideolog machiny bezpieczeństwa narracyjnego pozwala sobie na szczerość, której nie powstydziłby się publicysta „Szczerbca”? Przecież nikt w Jerozolimie czy Waszyngtonie nie będzie się zastanawiał nad metasensem słów prof. Zybertowicza. Przyjmie je w najgorszej z możliwych dla Polski interpretacji.

Jak można wierzyć w finezję w stosunkach międzynarodowych, jeśli szef rządu przed wybuchem największego kryzysu dyplomatycznego po 1989 r. jest zwyczajnie nieprzygotowany, bo znów dała o sobie znać Polska resortowa? Jak przekonywać Unię Europejską, że w Polsce dokonuje się reforma wymiaru sprawiedliwości, a nie demontaż demokracji, jeśli po przeciwnika PiS o szóstej nad ranem spektakularnie przychodzi policja? Poza Polską nikt nie będzie analizował tego, ile razy Władysław Frasyniuk nie stawił się na przesłuchanie. W świat pójdzie prosty komunikat: „PiS aresztowało ikonę walki z komunizmem”.

W końcu, czy jest jeszcze sens mówić o szukaniu porozumienia z Ukraińcami, jeśli polskie władze poszerzają tematykę historyczną o antysemityzm Bohdana Chmielnickiego? Niezależnie od tego, jak absurdalne i pełne hipokryzji są reakcje Kijowa na ustawę o IPN (wiosną 2015 r. to Ukraińcy pierwsi spenalizowali kwestionowanie bohaterstwa UPA, a stosowne prawo przegłosowali niecałe cztery godziny po wystąpieniu w ukraińskim parlamencie prezydenta Bronisława Komorowskiego), szef rządu nie musiał podgrzewać atmosfery, odwołując się do powstań kozackich.

Dziś jest dokładnie tak jak w „Księdze śmiechu i zapomnienia” Milana Kundery. Prozaik przypomina w niej czeskie hasło z 1968 r.: „My nie chcemy kompromisu, chcemy zwycięstwa!” i definiuje pojęcie „litosti”, które jest znakiem szczególnym narodów środkowoeuropejskich. „Historia wielkich buntów przeciw silniejszym, historia słynnych porażek, które wprawiły w ruch świat i doprowadziły naród do zguby – to historia »litosti«” – pisze Kundera.

"Nie chcemy kompromisu, chcemy zwycięstwa", a „do wyboru było w tym momencie kilka wariantów porażki, nic więcej (...). Tu nie przemawiał rozum, przemawiała »litost«”. Według Kundery „temu, kto odrzuca kompromis, pozostaje w końcu do wyboru tylko najgorszy wariant klęski”. Problem w tym, że "litost" właśnie tego pragnie, ponieważ „człowiek opanowany przez to uczucie mści się za pomocą własnej zagłady”. Można odnieść wrażenie, że od pewnego czasu według tej zasady działa polskie państwo.