Zaczęło się niczym u Hitchcocka, od trzęsienia ziemi. - Chcę poinformować Polaków, że po raz ostatni w dniu dzisiejszym ze strony jakiegokolwiek urzędnika Ministerstwa Obrony Narodowej padło słowo "generał" przy nazwisku pana Jaruzelskiego. Podejmujemy kroki prawne mające na celu odebranie stopni wojskowych zarówno panu Jaruzelskiemu, jak i panu Kiszczakowi. Zbrodniarze odpowiedzialni za działanie zbrojne przeciwko własnemu narodowi nie zasłużyli na to, by nosić te stopnie wojskowe - zapowiadał były minister obrony Antoni Macierewicz w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego 13 grudnia 2016 r.

Przez kilka miesięcy wokół tego tematu było stosunkowo cicho. Wreszcie w maju na stronach Rządowego Centrum Legislacji pojawił się projekt ustawy, dzięki której zdegradować można było całkiem sporą grupę żołnierzy, którzy służyli w PRL. Chodziło m.in. o byłych członków Wojskowej Służby Wewnętrznej (skrzyżowanie kontrwywiadu z żandarmerią), Informacji Wojskowej (to na jej podstawie utworzono wspominane WSW) czy Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego (wywiad wojskowy). Oczywiście, sprawa miała dotyczyć także członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON) odpowiedzialnej za wprowadzenie stanu wojennego. Mogło to być kilkanaście-kilkadziesiąt tysięcy osób.

Później przez kolejnych kilka miesięcy znów o sprawie było ciszej, aż wreszcie na początku roku "Rzeczpospolita" napisała, że ten projekt trafi do kosza, bądź zostanie radykalnie zmieniony. Świeżo mianowany minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak stwierdził, że to fake news, a kilka tygodni później jakby nigdy nic, zaproponował wraz z premierem projekt zupełnie nowej ustawy, która koncentrowała się już głównie na WRON. - Marzeniem naszego pokolenia było to, żeby tę sprawiedliwość przywrócić już na początku okresu transformacji, jednak nie było to możliwe. Dziś staje się to możliwe - zapowiadał premier Mateusz Morawiecki. Było to zaledwie pięć tygodni temu.

Po ekspresowym procedowaniu w Sejmie, ustawa trafiła do prezydenta. Ku powszechnemu zdziwieniu, Andrzej Duda ją zawetował. - Odmawiam podpisania tej ustawy i kieruję tę ustawę do ponownego rozpoznania przez Sejm (…). Nie jest to dla mnie łatwa decyzja, bo chciałbym, żeby te sprawy zostały załatwione i wierzę w symboliczny wymiar tego typu ustawy, symboliczny wymiar dla polskiego wojska, w symboliczny wymiar dla zamknięcia rozdziału tamtych czasów i zarazem odcięcia się od tamtych czasów - mówił w piątek tuż przed Wielkanocą. Uzasadniał przy tym, że ustawa jest niesprawiedliwa. - Nie możemy w Polsce przywracać sprawiedliwości, jednocześnie wprowadzając niesprawiedliwe rozwiązania - podkreślał. Dodatkowo zapowiedział, że po świętach zaprosi na spotkanie m.in. szefa MON i przedstawicieli organizacji kombatanckich z myślą o tym, by pracować nad nową formą ustawy degradacyjnej.

Tymczasem niecały tydzień później, w ostatni czwartek prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński pytany na konferencji prasowej o ustawę degradacyjną, stwierdził że posłowie PiS w pracach nad nią nie będą partycypowali. I uznał sprawę za zamkniętą.

Przyznam szczerze, że nieco mnie to zbiło z tropu. Jak to? Najpierw przez półtora roku z mniejszą lub większą intensywnością podbijamy degradacyjny bębenek, a później tylko dlatego, że notowania SLD wzrosły o kilka procent, kwestię odpuszczamy? I trzeba podkreślić, że to dla PiS nie jest jakiś poboczny projekt. Nie chodzi tu o strzelanie do żubrów czy innych bażantów bez zgody właścicieli lasu. Degradacje zahaczają o fundamenty ideowe, na które składa się m.in. walka z (post)komunistami.

Zdziwiło mnie to, nawet biorąc pod uwagę obecność w PiS takich postaci jak poseł Stanisław Piotrowicz, który był członkiem PZPR i prokuratorem w czasie stanu wojennego. Bo o ile uciekinierów i rozbitków politycznych chętnie przytula każda partia (vide ostatnie poparcie PO dla Kazimierza Ujazdowskiego), i każda, gdy jest przy władzy, dba o to, by "krewni i znajomi królika" mieli z czego żyć, to jednak takie wolty w kwestiach fundamentalnych były do tej pory charakterystyczne raczej dla PO. To ta partia, mówiąc o obniżce podatków, de facto je podwyższała; będąc formacją o korzeniach konserwatywnych, wyrzuca posłów za sprzeciw wobec aborcji; radykalnie zmieniła zdanie wobec 500 Plus. To przejaw pewnej pragmatyki politycznej. Można się z tym zgadzać bądź nie, ale tak to działa.

Z tym że do tej pory Prawo i Sprawiedliwość w kwestiach fundamentalnych zdania raczej nie zmieniało. Tymczasem zarówno kwestia oddawania podwyżek, a zwłaszcza degradacji, pokazuje, że PiS, podobnie jak PO, stało się partią bardzo pragmatyczną, dla której od spójności głoszonych poglądów znacznie ważniejsze są wyniki sondaży poparcia, czyli mówiąc wprost - utrzymanie się przy władzy.