W ostatni weekend dowiedziałem się, skąd wzięło się moje zainteresowanie wszystkim, co związane z motoryzacją. Mama przyznała, że gdy nosiła mnie w brzuchu, to sztachała się benzyną. Podjeżdżali z ojcem na stację, on napełniał bak golfa I w kolorze pleśni, ona zaś uchylała okno w aucie i robiła głębokie wdechy. Jak się dobrze zastanowić, tłumaczy to również inne moje cechy. Na przykład bywam wybuchowy. I nie jestem do końca normalny.

Po pleśniowym golfie ojciec kupił jettę w kolorze ziemi, potem żółtego passata w dieslu po pracowniku Deutsche Post. Jeśli pod koniec lat 80. jeździliście do Zakopanego i zwróciliście uwagę na chmurę czarnego dymu unoszącego się nad miastem, to jej sprawcą było właśnie to auto.

Pamiętam nawet wozy moich wujków. Brat ojca jeździł peugeotem 309, potem volkswagenem polo, a następnie peugeotem 205. Tym ostatnim jeździłem też ja. To było pierwsze auto, które samodzielnie prowadziłem. Rozjechałem nim kurę sąsiadki mieszkającej po lewej stronie i przestawiłem słupek płotu dzielącego nas od sąsiada po prawej. Miałem wtedy 13 lat. Inny wujek – szwagier ojca – prenumerował miesięcznik „Auto Moto”. Mieszkał daleko i odwiedzaliśmy go rzadko. Raz na pół roku wpadaliśmy do niego na dwa dni. I były to najcudowniejsze dwa dni w życiu młodego motoryzacyjnego świra – przez 48 godzin nie spałem, nie jadłem, nie odzywałem się, tylko czytałem ostatnie numery pisma.

W tamtych czasach znałem pojemności skokowe wszystkich dostępnych w Europie samochodów – i to co do centymetra sześciennego. Jako jedyny nastolatek w kraju potrafiłem rozwinąć skrót DOHC. Mogłem nie wiedzieć, jak miał na imię główny bohater noweli „Antek”, ale potrafiłem wytłumaczyć, czym jest moment obrotowy. Niestety, nikogo to nie obchodziło. Bo na początku lat 90. nie liczyły się ani konie mechaniczne, ani niutonometry. Od samochodów oczekiwano zupełnie czego innego. Tego, że będą takie, jak obiecuje producent. Autentyczne. Prawdziwe.