To, jak zwykli obywatele postrzegają Senat, a właściwie jak zupełnie go nie zauważają, najlepiej świadczy, że Duch Święty zazwyczaj tam nie zagląda. Przeciętny wyborca na pytanie: „do czego jest potrzebna wyższa izba polskiego parlamentu?” najczęściej odpowie: „do niczego”. O ile w ogóle wie, iż takowa istnieje, bo jej codzienna egzystencja nie jest łatwa do dostrzeżenia. Nie potrafi tego zmienić ani senator Jan Rulewski, wdziewając więzienny drelich, ani nawet Bogdan Borusewicz, bijąc kolejne rekord w wydatkach na bilety lotnicze. Senat pozostaje niezauważalny, bo i też trudno zawracać sobie głowę instytucją, która nie wywiera żadnego wpływu na codzienne życie Polaków.

Na szczęście jest jeszcze Duch Święty, potrafiący obdarzać ludzi boskim natchnieniem. Ostatnio musiał on niespodziewanie zajrzeć do wyższej izby parlamentu, żeby przypomnieć o sobie. A ściślej mówiąc o tym, że w niepodległej Rzeczpospolitej od 1925 r. dniem wolnym od pracy był także drugi dzień Zielonych Światek. Pod wpływem natchnienia senacka Komisja Praw Człowieka, Praworządności i Petycji poparła obywatelski apel o reaktywowanie starej tradycji dwudniowych obchodów Zesłania Ducha Świętego. Co przedstawia się niezwykle kusząco, bo pierwszy dzień Zielonych Świątek zawsze wypada w niedzielę. Oznacza to możność zafundowania Polakom weekendu wydłużonego o cały poniedziałek. Jeśli doda się do tego, że byłby to majowy weekend, wówczas trudno wyobrazić sobie większą pełnię szczęścia. Oto na początku miesiąca, po tygodniu cudownej laby, nikt nie popadałby w rozpacz, że wszędzie wiosna, a tu człowiek musi wracać do pracy. Zastąpiłaby ją świadomość, iż trzeba się jakoś przemęczyć dwa tygodnie, a potem znów majówka.

Oczywiście, jeśli pomysł kolejnego długiego weekendu stanie na wokandzie parlamentu, nie wszyscy poprą go z entuzjazmem. Opozycja zarzuci pisowskim senatorom oferowanie obywatelom „kiełbasy wyborczej”, zamiast podwyżki świadczeń dla rodziców niepełnosprawnych dzieci. Ekonomiści, z Leszkiem Balcerowiczem na czele, zaczną drzeć szaty, że kolejny dzień wolny oznacza zahamowanie wzrostu PKB, starty dla przedsiębiorców, a niemieckiego poziomu życia nie dogonimy nawet w roku 2072. Z kolei politolodzy i opozycyjne media przytoczą wyniki sondaży, które wskażą, iż obywatele woleliby mieć wolną Wigilię lub dłuższe święta wielkanocne. Wszystkie to głosy rozpaczy pozostaną bezsilne wobec wizji jeszcze jednej majówki. I to wcale nie będzie takie złe.

Należy bowiem zastanowić się, co Duch Święty, nawiedzając senatorów, mógł mieć na myśli? Otóż odgadnięcie tego nie przedstawia się wcale tak trudno. Wystarczy tylko popatrzeć troszkę z boku na codzienność III RP, by zauważyć, że normalność powraca do tego umęczonego kraju jedynie w przedłużone weekendy. W zwykłe dni robocze i pod koniec tygodnia całość życia publicznego anektują ostatnio dla siebie radykałowie. Udaje im się to bez trudu z racji specyficznego trybu pracy mózgu ekstremisty. Ów organ po dotknięciu go procesem ekstremizacji osiąga konsystencję sztabki ołowiu. Dzięki temu staje się odporny na wszelkie bodźcie słuchowe i wzrokowe. To, jak się przedstawia rzeczywistość otaczająca radykała, nie ma znaczenia, bo on widzi i słyszy tylko własne wyobrażenia. Jeśli całkowicie rozmijają się z rzeczywistością, tym gorzej dla niej. Największą zaś odporność mózg dotknięty ołowicą wykazuje na wszelkiej maści argumenty oparte na logice czy empirycznych doświadczeniach. Próby ich użycia przypominają rzucanie śnieżkami w ruski czołg. Zwyczajnie szkoda śniegu. Co gorsza, każdy osobnik dotknięty ołowicą mózgu za główny cel swojego istnienia uznaje zarażenie swą przypadłością wszystkich innych. Ludzi przed tym się wzbraniających nienawidzi najmocniej, nawet mocniej niż majówek.

Ciekawą sprawą jest, że znajdujący się w stanie permanentnego pobudzenia radykałowie mogą w Polsce zawsze liczyć na wsparcie mediów. To właśnie reprezentanci lewicy i prawicy z mózgami twardymi jak poszycie kadłubów rakiet kosmicznych cieszą się największym wzięciem wśród dziennikarzy. Stale się ich cytuje (choć powtarzają jedynie te same frazesy), promuje, pokazuje. To oni brylują w telewizyjnych studiach. Acz jeśli dwóch takich osobników z przeciwnych biegunów tej samej ołowicy zetknąć ze sobą, wówczas jedyną treść, jaką potrafią z siebie wydzielić, to obelgi. Rytualne wymiany obelg i insynuacji niczego nowego do życia publicznego nie wnoszą, poza podsycaniem emocji. Nie rozstrzygają też, kto ma merytorycznie rację, bo w przypadku radykałów o wygraniu dyskusji mogą decydować jedynie rękoczyny. Siła niezmiennie jest jedynym zrozumiałym dla nich argumentem.

Ten spektakl pokazuje symbiozę trzech środowisk. Ekstremiści z prawa i z lewa promują się wzajemnie, a media się nimi żywią. Tkwiąc przy tym w przekonaniu, że eksponując radykałów, można upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Media prawicowe lansują lewicowców dotkniętych ołowicą mózgu, wierząc, iż tak zdyskredytują opozycję. Media opozycyjne dokładnie to samo czynią z nabuzowanymi hormonami agresji prawicowcami, by kompromitować PiS. Obie strony jednako są przekonane, iż nic innego nie przyciągnie mocniej uwagi odbiorców oraz zmotywuje ich do konkretnych wyborów politycznych.

Najbardziej zadziewająca w tym codziennym horror-show jest psychiczna odporność zwykłych Polaków. Nacje z zachodniej części Europy (zwłaszcza ta mieszkająca po drugiej stronie Odry), poddane takiej obróbce propagandowej, szybko zaczęłaby wykazywać objawy zbiorowego szaleństwa. W III RP już od dawna setki tysięcy ludzi powinno 20-ego każdego miesiąca wpadać z zapalonymi pochodniami do lasów i parków, aby obchodzić kolejne rocznice urodzin Hitlera. W tym samym czasie setki tysięcy innych mogłyby gnać ulicami miast w nieustających paradach równości, wznosząc na każdym rogu postumenty Karola Marksa w objęciach Margaret Sanger.
Tymczasem nic takiego się nie dzieje. Pomimo solidarnego wysiłku polityków i mediów, osoby dotknięte ołowicą mózgu pozostają w społeczeństwie marginesem.

Niestety daje się to wyraźnie dostrzec jedynie podczas długich weekendów. Dopiero wówczas wszystko powraca do rzeczywistych proporcji. Ot, 1 maja jakaś setka radykałów z prawa robi sobie ustawkę pod kancelarią premiera z setką ekstremistów z lewa. Nikogo, poza muszącą pracować policją, to nie obchodzi, bo medialni promotorzy radykalizmu, idąc w ślady narodu, też zrobili sobie majówkę. Oczywiście w poniedziałek wrócą do pracy, razem z resztą obywateli, czego nosiciele ołowicy mózgu już nie mogą się doczekać. Na szczęście jest jeszcze w tym kraju Senat i Duch Święty. Wprawdzie ich zbyt długa symbioza może grozić Polsce załamaniem wzrostu PKB, lecz zdrowie psychiczne bywa ważniejsze od pieniędzy.