Robert Mazurek: Ojciec był prezydentem.

Monika Jaruzelska: A ja chcę być radną. Na razie.

Jak daleko sięgają pani ambicje polityczne?

Jeszcze pół roku temu nie miałam żadnych, ale teraz pójścia do polityki nie traktuję jako elementu kariery. Mam sprawy do załatwienia.

W radzie miasta?

Też.

A do Sejmu nie chce pani kandydować?

Jeśli dostanę propozycję, to tak. Będąc w parlamencie, miałabym znacznie większy wpływ na stanowienie ustaw.

Dlaczego nie chce pani na początek zostać prezydentem Warszawy?

Bo nie mam takich kompetencji. Trzeba się znać na takich choćby wodociągach.

Niech to pani powie kandydatowi SLD Andrzejowi Rozenkowi.

Prezydentem powinien być ktoś z doświadczeniem politycznym. Ja go jeszcze nie mam, ale je zdobędę. Dostałam z Sojuszu propozycję startu w wyborach samorządowych.

Co pani robi w SLD? To dziedziczne?

Przez lata głosowałam na Unię Demokratyczną, potem Unię Wolności, dopiero potem na SLD.

A na Platformę?

Chyba nie, chociaż rzeczywiście, głosowałam w stolicy na Hannę Gronkiewicz-Waltz.

Co panią połączyło z lewicą? Spuścizna PRL?

Trochę tak, bo swoim zaangażowaniem w sprawę żołnierzy czy emerytur dla milicjantów chcę bronić tych wszystkich, którzy żyli w PRL i nie byli w opozycji, chcę bronić ich dobrego imienia. A Platforma nie jest odpowiedzią na to, co się dzieje. PiS nie wziął się znikąd, to nie inwazja Marsjan, a rezultat ośmiu lat rządzenia PO.

Ale teraz razem, czyli SLD i PO, jesteście przeciw PiS.

Myślenie w kategoriach totalnej opozycji jest dla mnie nie do zaakceptowania. Trudno mi nie docenić posunięć socjalnych PiS.

Wszyscy to mówią.

A ja powiem więcej. Mnie się nie podobają te lemingowskie – jak pan by to zapewne określił – kpiny z 500 plus. Cieszę się, że dzięki tym pieniądzom więcej ludzi pojechało nad morze, że dzieci, które dotychczas nie mogły pojechać na wakacje, teraz mają taką szansę. Tak jak miały ją dzieci w PRL, bo były wtedy organizowane kolonie.