W dłuższej perspektywie podwyżki zapowiadają się imponująco, bo już dziś firmy energetyczne żądają od przedsiębiorstw i lokalnych władz przystania na skok cen w górę o 50-70 proc. Indywidualni odbiorcy mają to szczęście, że zaczął się w Polsce maraton wyborczy. Rządząca partia stanie na głowie, by przez rok blokować znaczące podwyżki, bo może stracić głosy wyborców. Przytłaczająca większość grup energetycznych to spółki Skarbu Państwa. Rząd może więc, używając wobec ich kierownictwa metody kija i marchewki, wymusić przekładanie radykalnej podwyżki tak długo jak się da, a w razie oporu regularnie zmieniać prezesów. Tak doczołgując się do najbliższych wyborów parlamentarnych. Jednak co się odwlecze to… potem jeszcze bardziej zaboli. Acz najbardziej zwykłych zjadaczy chleba, gdy zobaczą rachunki.

To, że w przyszłości nadciągnie szok cenowy wiadomo było już od 2008 r., kiedy w Unii Europejskiej zaczynano wprowadzać Europejski System Handlu Emisjami (EU ETS), mający wymusić redukcję ilości wysyłanego do atmosfery dwutlenku węgla. Kiedy kończą się uprawnienia z puli dla danego kraju firmy energetyczne, których elektrownie emitują CO2, muszą kupić dodatkowe certyfikaty na giełdzie. Jeśli cena uprawnień rośnie, odbija się to na kosztach produkcji prądu z elektrowni konwencjonalnych.

Zaś cena musi rosnąć! Cały bowiem system został tak skonstruowany, by w dłuższej perspektywie najpierw zablokować budowę nowych elektrowni węglowych na terenie UE, po czym w dalszej perspektywie wymusić nawet ich likwidację. Jak to działa najlepiej widać na przykładzie amerykańskiego Clean Air Act z 1990 r., który stanowił inspirację dla twórców EU ETS. Prawo to dotyczyło handlu pozwoleniami na emisję dwutlenku siarki. Produkowany przez przemysł gaz powodował bardzo powszechne wówczas w USA kwaśne deszcze.

Rząd federalny emitował więc określoną liczbę pozwoleń, zaś przedsiębiorcy mogli sobie je swobodnie odsprzedawać. Jednak co roku administracja wypuszczała do obiegu coraz mniej certyfikatów, więc ich cena na rynku gwałtownie rosła. W rezultacie firmy, aby ratować się przed bankructwem, musiały poczynić olbrzymie inwestycje w kominowe filtry oraz bardziej przyjazne środowisku technologie. Po upływie dekady ilość emitowanego przez przemysł USA dwutlenku siarki spadła o 60 proc., a kwaśne deszcze odeszły w niepamięć.

Niestety w przypadku polskich elektrowni węglowych nikt do tej pory nie opracował opłacalnej technologii, pozwalającej radykalnie zmniejszyć emisję CO2. Jedynym skutecznym sposobem jest nadal wyłączenie elektrowni. Nie należy jednak o tym mówić głośno, bo jeszcze usłyszą polscy politycy i uznają, że znakomicie rozwiązuje to cały problem, z jakim nie potrafią się zmierzyć. Wprawdzie dokładna podpowiedź, co należy krok po kroku zrobić, aby nie tylko wyjść cało z opresji, lecz jeszcze na niej zarobić jest dosłownie na wyciągnięcie ręki, jednak Polska z niej nie korzysta.

Co do podpowiedzi, to już gołym okiem widać, że w system EU ETS znakomicie została wkomponowana niemiecka polityka energetyczna. Zupełnie jakby powstał on po to, żeby ją wspierać (acz Berlin pewnie wszystkiemu zaprzeczy). Rzut oka na oficjalne dane prezentowane przez Bundesnetzagentur (Federalną Agencję Sieciową) pozwala zauważyć, że obecnie niemiecki system energetyczny jest jak odwzorowanie teorii Karola Marksa o „bazie” i „nadbudowie”. Jego bazę stanowią elektrownie zasilane węglem kamiennym i brunatnym. W 2002 r. ich łączna moc wynosiła 48,5 GW (gigawatów). Po latach walki z efektem cieplarnianym w 2018 r. wynosi … 47 GW. Emitują one więc podobną ilość dwutlenku węgla jak szesnaście lat temu. Mimo to Niemcy zdobyły sobie w świecie renomę jednego z najbardziej proekologicznych państw, potrafiącego do upadłego walczyć z efektem cieplarnianym.

Wszystko dzięki tak nieustannie reklamowanej w mediach „nadbudowie”. Tworzą ją elektrownie: wiatrowe i słoneczne. W 2002 r. ich moc wynosiła marne 12 GW. Dziś jest to już ok. 104 GW! Ten skokowy wzrost zaspokoił potrzeby niemieckiego przemysłu, a jednocześnie nie wymusza konieczność nadmiernych zakupów praw do emisji na giełdzie, bo stały limit państwowy z puli EU ETS w zupełności Niemcom wystarcza. Rząd w Berlinie może sobie nawet pozwolić na stopniowe wygaszanie elektrowni atomowych. Oczywiście trochę to kosztowało, bo prąd z wiatru i słońca był (i nadal po odliczeniu narzutów jest) droższy niż ten z elektrowni konwencjonalnych. To wymagało stałego wsparcia z budżetu federalnego oraz dociążanie obywateli wyższymi opłatami za energię.

Jednak długofalowa inwestycja właśnie zaczyna się zwracać. Wedle raportu AGEB (stowarzyszenia niemieckiego przemysłu energetycznego) w roku 2017 sprzedano odbiorcom z innych krajów 54 TWh prądu. To czyni Niemcy największym eksporterem energii energetycznej w Europie. Udało się to osiągnąć dzięki temu, że niemiecki prąd przez większą część roku jest najtańszym z dostępnych na rynku (spora w tym zasługa systemu EU ETS). Do stanu idealnego brakuje tylko likwidacji „bazy”. Niestety elektrownie wiatrowe i słoneczne są bardzo kapryśne. Produkują dużo prądu tylko, gdy mocno świeci słońce i wieje. Nie radzą sobie natomiast, kiedy nagle zaczyna być zimno lub bardzo gorąco i obywatele masowo włączają klimatyzatory lub piecyki elektryczne.

Żeby przeciążony system energetyczny nie uległ załamaniu - nazywanemu blackoutem muszą stabilizować go elektrownie konwencjonalne, bo one mogą z minuty na minutę zwiększyć ilość energii dostarczanej do sieci. Dopóki nie powstanie technologia pozwalająca magazynować ogromne zapasy prądu, niemieckie elektrownie węglowe będą sobie cicho prosperować, emitując w najlepsze CO2. Natomiast winę za efekt cieplarniany zawsze da się zwalić na Polaków. Przecież cały swój system energetyczny oparli na węglu.

Poza tym przez dziesięć lat nie zrobili niczego, żeby przygotować się na nowe reguły gry. Co zabawniejsze z powodu niewydolności rodzimego górnictwa polskie elektrownie zasila w coraz większym procencie węgiel sprowadzany z Ukrainy i Australii. Czego się jedna można spodziewać, gdy III RP najpierw rządziła ekipa traktująca zachodniego sąsiada z bezmyślnym zachwytem, następnie zastąpiona została przez polityków podchodzących do Niemców z tępą wrogością.

W obu przypadkach takie stany emocjonalne nie wymagają użycia tej czynności mózgu, jaką zwykliśmy nazywać logicznym myśleniem. Próżno więc marzyć o wyciąganiu wniosków z własnych błędów oraz uczeniu się na cudzych sukcesach. Kiedy zaś za kilka lat ceny uprawnień emisji tak dorżną polskie grupy energetyczne, iż staną na progu bankructwa, pomimo podwyżek cen prądu i wsparcia państwa, wówczas tanią energię kupi się od Niemców. A może i jakiś węgiel nam sprzedadzą?