Realne zadania, z którymi mamy do czynienia: przerywanie ciągłości między PRL-em a prawdziwie wolną Polską, bardzo trudno zrealizować w warunkach demokracji. Obecna władza, która jest w wielu sferach pozbawiona kontroli, ma przed sobą misję, ale jest ograniczana systemowo. Częściowo to rzeczywiście kwestia istniejącego układu, ale przede wszystkim takie ograniczenia wyznaczają instytucje, podział władz demokratycznych. I stąd mamy do czynienia ze zbliżaniem się do granic demokracji. Dodatkowo, państwo zostało upartyjnione. Brak jakiejkolwiek sfery wyłączonej z walki politycznej i ogólnego porozumienia na temat dobra wspólnego, tworzy wrażenie, że jesteśmy świadkami naruszania demokracji.

W Polsce zatarł się tradycyjny podział władz, ich niezależność została znacznie ograniczona przez skoncentrowanie dużej władzy w rękach aparatu administracyjnego. Dobrze widać to w przypadku władzy sądowniczej - Ministerstwo Sprawiedliwości odgrywa dużą rolę np. w kwestii awansów. To błąd, bo demokracja polega na rozproszeniu władzy i wzajemnym kontrolowaniu. Nie przestrzega się też procedur mających na celu unikanie konfliktu interesów. Patrz: naganna obecność asystenta ministra Ziobry w czasie przesłuchania Janusza Kaczmarka, choć Ziobro miał być wyłączony z postępowania. Z drugiej strony, te ramy demokracji utrudniają realizację zasadniczego zwrotu, którego chciał PiS. Paradoks ograniczania autonomii różnych instytucji na rzecz władz centralnych i równocześnie ograniczania zaufania oraz wprowadzania instytucji nadzwyczajnych typu CBA wiążą się z nadzieją na dokonanie, oczywiście w ramach prawa, takiego rewolucyjnego zwrotu. To nie bardzo się powiodło, ale ciągle jeszcze ramy demokracji są w Polsce zachowane. Przede wszystkim dzięki wolnej prasie i wciąż działającej demokracji wyborczej.

W systemie amerykańskim bardzo sprawnie funkcjonujący system demokratyczny realizuje się m.in. dzięki istnieniu całkowicie niezależnych instytucji. Takim gremium jest chociażby Sąd Najwyższy z dożywotnią kadencją sędziów. Pamiętamy, jak Sąd Najwyższy bardzo silnie kontrował prezydenta Busha przy jego próbie stworzenia państwa opartego na podsłuchach w związku z zagrożeniem terrorystycznym. W USA główną gwarancją demokracji jest bardzo ścisłe wyznaczenie granic władzy, określenie, w co władza nie może ingerować. Istnienie czegoś takiego jak Komisja Wspólna Rządu i Episkopatu, wprowadzanie stopnia z religii do średniej ocen nawet w tak religijnym społeczeństwie jak amerykańskie byłoby niemożliwe. Tam ściśle odgranicza się to, co jest sprawą publiczną, a co sprawą moralności jednostkowej. U nas takich granic nie ma.

Z kolei w systemie brytyjskim, w którym nie obowiązuje konstytucja w naszym rozumieniu, istnieją inne gwarancje demokracji. Tam mamy do czynienia z etosem służby publicznej, urzędnicy są funkcjonariuszami publicznymi, służącymi interesowi wspólnemu. W parlamencie brytyjskim przez wieki działała specjalna instytucja, która decydowała, jakie sprawy są wyłączone z debaty i może o nich decydować monarcha. To wytworzyło silną koncepcję władzy prerogatywnej - w każdym momencie, gdy dobro wspólne jest zagrożone, rząd może ingerować nawet w struktury lokalne, jeśli uzna, że dobro wspólne jest zagrożone. Są też pewne sprawy, których się nie poddaje walce wyborczej. U nas PiS próbował w tym kierunku wzmocnić władzę wojewodów wobec samorządów, ale zostało to odrzucone. Skutki widać choćby w trudnościach ze skoordynowaniem prac związanych z Euro 2012.

W Polsce nie ma ani powszechnego etosu służby krajowi, ani jasnej, uznanej przez wszystkich koncepcji dobra wspólnego, ani określenia przez władze, jakie są granice interwencji państwowej, w co polityka może, a w co nie może ingerować, ani wreszcie obsadzania stanowisk wyłącznie na zasadzie kompetencji, jak to jest w państwach zachodnich.

Nasza demokracja jest bardzo młoda. Próbujemy budować państwo nowoczesne. Ale w związku z integracją europejską, globalizacją władza jest bardziej rozproszona. Nadzieja na silny, hierarchiczny układ jest zatem płonna. Rządzący mają jednak pokusę polityzacji wszystkiego - gdy jakaś partia zdobędzie władzę, chce upartyjniać państwo, aby się wzmocnić.

W Polsce nie było nigdy debaty o problemie wolności jako efekcie tego, że pewnych sporów nie można rozstrzygnąć publicznie, i że to musi być rozstrzygane indywidualnie, w związku z tym przechylanie się władzy na którąś ze stron jest niebezpieczne. Dotyczy to np. kwestii moralności. W krajach bardzo religijnych potrzebne jest też oddzielenie państwa od Kościoła. W Polsce brakuje również szacunku dla procedur.

Dlaczego PiS osiąga cały czas dobre wyniki wyborcze, mimo tych wszystkich mankamentów? Bo uznaje się, że cel uświęca środki, że ważne są efekty, a nie procedury. W demokracjach zachodnich w efekcie doświadczeń średniowiecza odkryto, że państwo to oscylowanie pomiędzy procesami realnymi a formą, która próbuje je uchwycić. Że państwo to tworzenie procedur, coraz lepszych instytucji zbliżających się do realności i egzekwowanie tego. W Polsce takiego rozumienia życia publicznego nigdy nie było. Państwo postrzegano i postrzega się w perspektywie etycznej. To efekt wieków innych doświadczeń - braku własnego państwa, niskiego poziomu elit.