Barbara Kasprzycka: Podobno rok temu, kiedy wybory wygrała PO, Polacy wpadli w euforię. Czy rzeczywiście? Czy była to radość na miarę zwycięstwa Obamy w Ameryce?
Janusz Czapiński*: Są podobieństwa między tymi dwoma wydarzeniami. Przede wszystkim dał się zauważyć swobodniejszy oddech; ulga wynikająca z odsunięcia jakiegoś "diabła", który w świadomości ludzi psuł atmosferę w kraju. W Ameryce rolę diabła grał Bush i Republikanie. W Polsce diabłem dla większości wyborców było PiS. Dlatego tak w Polsce, jak w USA niechęć do ustępującej władzy była głównym czynnikiem wyborczego zwycięstwa i mobilizacji tych, którzy dotąd w wyborach nie brali udziału. Po zwycięstwie Platformy tak jak po wygranej Baracka Obamy przyszło uspokojenie nastrojów i poczucie, że nowa władza będzie przewidywalna.

Pan wtedy zapowiadał, że hasła "polityki miłości" i "uwolnienia energii Polaków" mogą Platformie szybko odbić się czkawką. Tak się stało?
Platforma w tym roku odniosła jeden zasadniczy sukces: zamroziła elektorat PiS. Przewidywałem, że po kilku wpadkach nowego rządu, po niezrealizowaniu kolejnych obietnic, po zawiedzionych nadziejach dość szybko odbuduje się siła jedynej realnej opozycji - PiS. A nic takiego się nie stało. Zawód wyborców PO został skanalizowany w kierunku rządu. Mamy więc niezwykle dziwne zjawisko: w sondażach traci rząd, ale nie traci ani jego szef, ani jego zaplecze, czyli Platforma. Tak długo jak PO nie traci, PiS nie zyskuje. Ludzie są coraz bardziej rozczarowani rządem, ale jakby nie obwiniali za to głównej partii rządzącej ani jej lidera.

Król jest dobry, tylko ma złych doradców.
Właśnie. Doradcy są źli albo nie rozumieją, o co królowi chodzi. Wydaje się, że za niepowodzenia wyborcy obciążają winą niekompetentnych ministrów. Być może jednak dochodzą też do wniosku, że lepszych nie ma, dlatego król ich nie zmienia.

A pana zdaniem powinien zmienić?
Latem takie było oczekiwanie: że źli ministrowie odejdą. Nawet nie zaglądając do ministerialnych gabinetów, można wskazać, kto w tym rządzie jest tytanem pracy, a kto luzakiem. Jest Michał Boni, który pracuje za trzech, jest Radosław Sikorski, który dwoi się i troi, żeby jakoś prowadzić dyplomację, mimo że prezydent usiłuje mu wydzierać kompetencje. Ale są i tacy jak wicepremier Pawlak, który obiecał darmowy internet i nie zrobił w tym kierunku niczego. To, że do weryfikacji kadr nie doszło, było rozczarowaniem.

Tych rozczarowań było więcej?
Najpoważniejszym było narastające w społeczeństwie wrażenie, że ten rząd się miota. Coś zapowiada, później się wycofuje. Przykładem nie najważniejszym, ale symptomatycznym, był temat refundacji in vitro. Rząd wykonywał krok w przód i dwa kroki w tył. Generalnie minister zdrowia opowiadała dużo rzeczy, z których później rząd musiał się wycofywać. Niekonsekwencji, rezygnacji z planów było więcej, chociażby sprawa reformy KRUS. Polacy stopniowo przekonywali się, że ten rząd jest mocny tylko w gębie.

Nastroje wróciły do tych sprzed wyborów?
Zdecydowanie nie. Wciąż mamy atmosferę lepszą niż w końcówce rządów PiS. Rozczarowania rozczarowaniami, ale ludzie wiedzą, że ten rząd przynajmniej im nie zagraża, nie destabilizuje sytuacji. To przekonanie jest mocne i Donald Tusk nie musi dawać wiele więcej, żeby trwać z niezłymi notowaniami.

Jesteśmy pod rządami PO szczęśliwsi niż pod rządami PiS?
Mniej wystraszeni, to na pewno. A zadowolenie z życia rośnie od wielu lat, rosło również rok i dwa lata temu. Satysfakcja z życia osobistego była porównywalna, tylko wtedy Polacy obawiali się wyjrzeć przez okno. Dziś za tym oknem nie widzą niczego niepokojącego.

Czy Platforma wykonała w tym roku jakiś szczególnie udany manewr?
Ostatni manewr w niezwykle ważnej sprawie dokończenia reformy emerytalnej jest majstersztykiem. Platforma zaszachowała prezydenta i ciekaw jestem jego reakcji, czy będzie mat.

Ale reforma emerytalna nie uszczęśliwia Polaków na co dzień. Nie poprawia atmosfery.
To prawda i tu dochodzimy do sprawy dużo ważniejszej: Platforma nie podjęła żadnych działań w celu podtrzymania tamtej euforii, urzeczywistnienia tamtych haseł, jakby się ich trochę wstydziła. Polacy rok temu uwierzyli, że będą lepszą wspólnotą, nie tyle symboliczno-narodową, ile prawdziwie obywatelską. Oczekiwaliśmy, że nauczymy się współdziałać, odzyskamy wzajemne zaufanie i zrobimy coś dla dobra wspólnego. Tymczasem politycy PO nie stanęli na wysokości zadania i nie przekonali nas, że im też na tym zależy. Nie zaczęli budować kapitału społecznego, który w Polsce jest - poza Bułgarią - najniższy w UE.

Rząd ma narzędzia, żeby to robić?
Oczywiście. W jakiejś niewielkiej mierze korzysta z nich np. Janusz Palikot w swojej komisji deregulacyjnej. Likwidacja absurdów biurokracji ma przede wszystkim ułatwiać życie przeciętnego obywatela, ale cel jest też głębszy: chodzi o odbudowanie zaufania obywateli do państwa. Tyle że zacząć je trzeba od szkół, w których Polacy powinni się uczyć współpracy - bo w domu słyszą, że mają przede wszystkim dbać o własny interes. W szkole nie ma dziś miejsca na żadną współpracę i działanie zespołowe. Nauczyciele nie potrafią pracować z grupami uczniów, bo nie wiedzą, jak ich za taką pracę oceniać. I minister Hall nie robi nic, by to zmienić, a zapamiętana będzie z wykastrowania listy lektur. Gdzie ci Polacy mają się nauczyć, że współpraca się opłaca?

A Donald Tusk mógł zrobić coś więcej w celu poprawy nastrojów?
Wielu reform zapewne zrobić nie mógł i nie będzie. Taka jest sytuacja w parlamencie i taki jest prezydent. Ale mógł próbować ugruntować w Polakach przekonanie, że żyjemy nie tylko w kraju, który się całkiem nieźle rozwija, ale też w kraju w którym obywatel może zaufać drugiemu obywatelowi albo instytucji. Że żyjemy wśród swoich, a nie wśród wilków.

Mówił pan rok temu, że PiS zostawia społeczeństwo podzielone na "szatanów" i tych dobrych, normalnych patriotów, i że jest to podział bardzo trwały. Rzeczywiście on trwa?
Niestety, w dużym stopniu tak. Polacy wciąż uważają za naciągaczy i krwiopijców wszystkich, którzy się wzbogacają własną pracą. Platforma nie wypracowała atmosfery bardziej przychylnej biznesowi. PiS napuszczał biednych na bogatych, dając do zrozumienia, że bieda jest oznaką czystości moralnej, i Polacy wciąż to pamiętają. Zwłaszcza ci mniej zaradni życiowo.

I oni raczej zdania nie zmienią.
Wyborcy PiS nie zniknęli z Polski. Oni tu są i odmrożenie tego poparcia społecznego robi się coraz bardziej prawdopodobne ze względu na kryzys, który dopiero przed nami. Możemy mieć najsilniejszy na świecie system bankowy, ale eksport z pewnością wyhamuje. To przełoży się na spowolnienie gospodarcze i obniżenie standardu życia milionów Polaków. Oni już w przyszłym roku będą życzliwiej patrzeć na jedyną liczącą się alternatywę w rządzie - czyli PiS. A pamiętajmy, że kryzys nie skończy się po roku. Do wyborów za trzy lata Platformę czeka ciężka droga. Jeśli PiS umiejętnie poprowadzi kampanię mobilizacyjną swojego elektoratu, będzie mógł myśleć o powrocie do władzy. Nie zapominajmy, że w wyborach 2007 PiS nie straciło, lecz zyskało kolejne miliony głosów. I tylko fenomenalna mobilizacja najmłodszych wyborców dała PO zwycięstwo. O nich Platformie zapomnieć nie wolno.

*Janusz Czapiński, psycholog społeczny