W raporcie jest jasny wniosek: strzelali Gruzini, incydent był ich prowokacją, wszystko po to, żeby pomóc gruzińskiemu prezydentowi i odwrócić uwagę kłopotów Saakaszwilego wewnątrz kraju.

Potwierdza to Grzegorz Schetyna, przełożony pani rzecznik i jej szefa. Koniecpolska to wie, ale mimo to próbuje zarzucić nam kłamstwo. Jednocześnie szef ABW nasyła na nas prokuraturę, bo ujawniliśmy "tezy zawarte w poufnym raporcie Agencji".

Najlepiej byłoby, gdyby raport odtajniono. My się nie boimy, bo napisaliśmy prawdę. ABW ma się czego bać, bo "raport”" jest kompromitacją. Widzieliśmy ten dokument. Opiera się na analizie gazet i stron internetowych. Nie ma w nim tajnych i ekskluzywnych informacji. Za to wniosek jest piorunujący: za strzelaniną stoją Gruzini.

Czasami jest tak, że służby muszą szybko dać najważniejszym osobom w państwie wiarygodną ocenę sytuacji. Tak było w przypadku incydentu, kiedy strzelano obok polskiego prezydenta. W takich momentach można poznać, co warte są tajne agencje. Dziś wiemy, że ABW poległa.Konkluzja narzuca się sama. Służby są słabe. Ale to nie wyjaśnia wszystkiego. Oficerowie mogli przygotować marny raport. Ale skąd wzięły się radykalne konkluzje?

Wnioski, które wyciągnęła ABW, uderzają w prezydenta Kaczyńskiego. Zgodnie z nimi został on wykorzystany przez gruzińskiego przywódcę, uwierzył "przyjacielowi" i dał się wplątać w awanturę. Dowodem na to, że strzelał jakiś Gruzin ukryty w krzakach, ma być uśmiech, który nie schodził z ust Saakaszwilego w czasie zajścia. To ma być dowód od tajnych służb?

Szef ABW Krzysztof Bondaryk dał się ponieść publicystycznej pasji i emocjom. Bondaryk nie przepada za braćmi Kaczyńskimi, zresztą z wzajemnością. Problem w tym, że szef służb nie może kierować się politycznymi sympatiami. Ma być zimny i profesjonalny. Inna postawa go dyskwalifikuje. Podpisując raport, Bondaryk wpędził rząd w kłopoty, a siebie naraził na śmieszność. Kompromituje się jeszcze bardziej, pozwalając na stosowanie swojej rzeczniczce brudnych metod.

Z raportu wynika ważna konkluzja, której Bondaryk nie sformułował: w godzinie próby najważniejsze osoby w państwie dostały od służb analizę internetowych tekstów podsumowaną felietonowymi wnioskami. Dzięki wyjściu sprawy na jaw okazało się, że król jest nagi. A adnotacja "poufne" na raporcie ABW miała tylko chronić jego autorów przed publicznym blamażem.