20 stycznia 1993 roku. 42. prezydent Stanów Zjednoczonych William Jefferson Clinton o 12.00 w południe złożył ślubowanie. Zaledwie dwa miesiące wcześniej pokonał w wyborach George’a W. H. Busha, co wielu przyjęło z zaskoczeniem, bo młody gubernator prowincjonalnego Arkansas pojawił się na krajowej scenie politycznej jak królik z kapelusza. Tego mroźnego dnia w Waszyngtonie odbywały się niezliczone bale z okazji inauguracji.

Nowy gospodarz Białego Domu starał się wraz z małżonką - uważaną powszechnie za jednego ze stu najlepszych adwokatów w Ameryce - odwiedzić każdą z tych imprez. Podczas jednej z nich pierwsza para USA postanowiła zatańczyć. Młynkując w walcu, Bill zwrócił się do Hillary: "Pomyśl tylko, gdybyś zdecydowała się wtedy wyjść za Howiego, byłabyś teraz żoną księgowego" - stwierdził z nonszalancją, szydząc z jednego z jej dawnych chłopaków. "Nie, Bill! Gdybym wyszła za Howiego, to on byłby dzisiaj prezydentem!" - odparła pierwsza dama.

Nieważne, czy zdarzyło się to naprawdę, czy to tylko miejska legenda. Pewne jest, że to małżeństwo to najskuteczniejszy polityczny tandem Ameryki. Nie ma drugiej pary ludzi, która byłaby umoczona w porównywalną liczbę skandali, a jednocześnie dalej utrzymywałaby takie wpływy w Waszyngtonie.

Wszyscy ludzie Clintona

Gdy zaplecze prezydenta elekta Baracka Obamy ujawniło, że w nowym rządzie Hillary Clinton obejmie posadę sekretarza stanu (trzecie co ważności stanowisko w administracji, piąte we wszystkich władzach), konserwatywna bulwarówka "New York Post" opublikowała dość zjadliwy komentarz: "Gratulujemy państwu Clintonom trzeciej kadencji w Białym Domu, choć dzieje się to wbrew wyborczemu werdyktowi Amerykanów". Mimo że Hillary przegrała prawybory i wydawało się, że już na szczyty polityki nie wróci, to okazuje się, że Partia Demokratyczna bez Clintonów kroku nie zrobi. Niemal wszyscy kandydaci na kluczowe stanowiska w nowej administracji mają z nimi jakieś związki.

"Prezydenci zwykle sięgają po zasoby kadrowe z okresu, kiedy ich stronnictwo rządziło w Białym Domu. To całkowicie normalna sytuacja" - mówi John Steele Gordon, ekonomista i felietonista, autor bestselleru "Niezwykłe czasy naszego narodowego długu". Tyle, że Bill Clinton nie postawił na ludzi poprzedniego demokraty w Gabinecie Owalnym, Jimmy’ego Cartera. "To też było zrozumiałe. Carter był źle wspominany, odchodził w niesławie. A Bill Clinton opuszczał Biały Dom z rekordowym, 65-procentowym poparciem" - dodaje Gordon, próbując wyjaśnić sens decyzji personalnych Baracka Obamy.

Ale jeśliby się dokładnie przyjrzeć nowej ekipie - która ma uchronić kraj przed recesją - to są w niej ludzie bezpośrednio odpowiedzialni za kryzys. Np. kandydat na sekretarza skarbu Timothy Geitner, wychowanek uznawanego za ojca cudu gospodarczego epoki Clintona Roberta Rubina, maczał palce jako szef nowojorskiego oddziału Rezerwy Federalnej w decyzjach, które doprowadziły do upadku banku Lehman Brothers. A od tego przecież zaczęło się załamanie na rynkach kredytów. "Może to i jest lis w kurniku, ale przynajmniej wie, gdzie kurnik ma dziury i jak je zalepić" - uważa Bob Padgelt ze stanowego uniwersytetu w Pensylwanii.

Najbardziej zastanawia to, dlaczego Barack Obama dopuszcza do siebie Clintonów, skoro darł z nimi koty przez długie miesiące prawyborczego pojedynku. A Bill i Hillary grali, uznając zasadę, że wszystkie chwyty są dozwolone. Najpierw próbowali zdyskredytować senatora z Illinois jako lidera reprezentującego interesy wyłącznie jednej grupy etnicznej.

Były prezydent porównywał jego kampanię do wysiłków czarnoskórego pastora Jesse Jacksona, który walczył o partyjną nominację demokratów 20 lat temu z programem emancypacji Afroamerykanów. Obama od początku chciał jednoczyć ponad podziałami, wiedział, że głosami wyłącznie czarnych nie wygra. A Clintonowie chcieli dać do zrozumienia, że Obama jest przez swój kolor skóry niewybieralny. Potem pojawiła słynna reklamówka Hillary, która grała na strachu Amerykanów przed terroryzmem.

Była pierwsza dama przekonywała, że jej rywal do nominacji nie ma doświadczenia i gdyby doszło w środku nocy do ataku na Stany Zjednoczone, on tylko załamałby ręce. Wreszcie, kiedy po kwietniowych prawyborach palił się jej grunt pod nogami i dalsza walka między demokratami tylko niszczyła partię, Hillary oznajmiła wszystkim, że pozostanie w wyścigu do czerwca, bo… w czerwcu 1968 r. zginął Robert Kennedy. Zasugerowała w ten sposób, że Obama może się obawiać zamachu, jak kiedyś inny antyestablishmentowy kandydat.

A kiedy Hillary ustąpiła i z godnością poparła zwycięzcę prawyborów, Bill długo się nie mógł do niego przekonać i mówił, że mu ręki nie poda. Obama znosił to ze spokojem. I chociaż namawiano go, by zaproponował byłej pierwszej damie wiceprezydenturę, nie zrobił tego.

Demokraci bardzo obawiali się podziału tuż przed partyjną konwencją w Denver. Ale już na miejscu Hillary i Bill pokazali klasę. Była pierwsza dama wystąpiła podczas drugiego dnia zjazdu. Jej przemówienie zapowiedział krótki filmik, który robił z wszechwładnych Clintonów parę skromnych, zwykłych i rodzinnych ludzi. Bill został nawet przedstawiony jako "mąż Hillary". A sama nowojorska senator wygłosiła najlepszą mowę całej konwencji.

"Nie potrzeba nam kolejnych czterech lat z republikańskim prezydentem. Musimy zrobić wszystko, by za cztery miesiące w Białym Domu zasiadł Barack Obama" - powiedziała. Na te słowa w górę poszły tysiące plakatów z napisami "Barack", "Hillary", "Jedność" oraz "Cztery miesiące, a nie cztery lata". Następnego dnia wystąpił Bill i z nie mniejszym entuzjazmem poparł Obamę. Tymczasem szereg najwierniejszych zwolenników tego ostatniego węszył w tym podstęp.

"Clintonowie to oszuści. Nie bardzo wiedziałam, co się wówczas święci. Oni zawsze kombinują i będą to robić do końca życia. Jak im się nie uda, to ze złośliwości pogrążą partię. Nie wiem, czy Barack nie zwariował, ściągając ją do swojej administracji" - mówi nam delegatka Obamy z Wirginii Zachodniej Betty Jane Cleckley.

To będą piękne dni

Jednak, wbrew podejrzliwości niektórych, miłość między Obamą a Clintonami zakwitła. Hillary w finale kampanii jeździła po Ohio i Pensylwanii, Bill pokazywał się z Barackiem na wiecach na Florydzie. Po wygranych przez demokratę wyborach wzajemne uczucie się nasiliło, bo obie strony nagle zapomniały o pretensjach, jakie do siebie miały. Dla Clintonów Obama przestał już być tępakiem bez doświadczenia, a oni dla niego symbolem zepsutego waszyngtońskiego układu. W głowie prezydenta elekta zniknęły nagle przeszkody, jakie wcześniej uniemożliwiały mu powierzenie Hillary stanowiska wiceprezydenta, czyli skomplikowane układy towarzysko-biznesowe fundacji Billa Clintona z biznesmenami i politykami na całym świecie. Za to były gospodarz Białego Domu zgodził się tym razem odtajnić przed Obamą swoje rachunki i obiecał, że zrezygnuje z najbardziej kontrowersyjnych kontaktów, np. w Arabii Saudyjskiej.

Sympatyków Partii Demokratycznej nieformalny powrót Clintonów do Białego Domu za bardzo nie dziwi. "Politycznie wszystko gra. Tu nie ma żadnego nadużycia. Obama jest młodą, czarnoskórą wersją Clintona" - uważa Leon Panetta, szef prezydenckiej kancelarii tego ostatniego, a od kilku tygodni członek ekipy przygotowującej zmianę w Białym Domu. Tyle że dream team ekonomistów, który Obama ostatnio lansował w mediach, to specjaliści od walki z deficytem budżetowym. Gdy odchodził Clinton, fiskus miał 2 proc. nadwyżki.

Teraz w kasie jest pusto, a dziura sięga 4 proc. PKB. Ich rolą, przynajmniej w teorii, powinno być jej załatanie. Tymczasem prezydent elekt ogłosił ostatnio, że walki z deficytem na razie nie będzie, co więcej, kolejne gargantuiczne sumy popłyną na ratowanie sektora finansowego i wielkich przedsiębiorstw. To po co zatem było zapraszać towarzystwo Clintona? "Decyzje Obamy obnażają słabość jego kandydatury. On szedł do wyborów bez wyraźnego zaplecza, ani bez większych pomysłów na to, jak przeprowadzić tę swoją słynną „zmianę”, o której było tak głośno" - mówi John C. Hulsman, komentator CNN i politolog z German Council of Foreign Affairs.

Paradoksalnie też powrót Clintonów może być osłodą dla najsurowszych krytyków Partii Demokratycznej - bushowskich neokonserwatystów. Kiedy Obama zaczął zwyżkować poprzedniej zimy w sondażach, z przerażeniem słuchali oni jego haseł o zwrocie w polityce zagranicznej, wycofaniu wojsk z Iraku, rewizji polityki wobec Izraela.

"Z dwojga złego wolałbym w Białym Domu widzieć Hillary niż jego. On ściągnie na nas nieszczęście. Ona byłaby przynajmniej przewidywalna. Wiemy, jakie miała stanowisko w sprawie inwazji na Irak, pamiętamy, jak się zachowywał Blii Clinton na Bliskim Wschodzie. Obama zapowiada katastrofę" - wieszczył w rozmowie z „Dziennikiem” przed kilkoma miesiącami Norman Podhoretz, czołowy ideolog ruchu tzw. neo-conów. Hillary na stanowisku sekretarza stanu gwarantuje tymczasem bardziej jastrzębie podejście do spraw międzynarodowych niż to, które w kampanii obiecywał Barack Obama.

"Nie da się już chyba bardziej odejść od propagandy zmiany, niż to w ostatnich dniach zrobił prezydent elekt" - uważa Gabe Goznalez z fundacji Center for Community Change. Inni starają się przekonać, że nowa prezydentura przyniesie zmianę, a obecność Clintonów w bliskiej odległości od Białego Domu temu nie przeszkadza. "To będzie zupełnie odmieniony Waszyngton. Wystarczy, że ta ekipa zrobi porządek po szkodach, jakie zostawia za sobą po ośmiu latach u władzy George W. Bush" - powiedziała niedawno wywiadzie dla telewizji Fox Geraldine Ferraro, była demokratyczna kandydatka na wiceprezydenta i niezłomna zwolenniczka Hillary Clinton.

Co z tym Billem?

Skoro była pierwsza dama znajdzie się w nowej administracji na wpływowym stanowisku sekretarza stanu, to co pocznie jej mąż, by oszczędzić sobie pokus sterowania z tylnego siedzenia? Dziennik "Washington Post" wymyślił: gubernator Nowego Jorku powinien powołać byłego prezydenta do federalnego Senatu na miejsce zwolnione przez żonę. Oczywiście jest w tej propozycji sporo ironii, bo wiadomo, że chodzi o sformalizowanie władzy którą i tak Bill Clinton posiada, ale kryje się w niej też pewna dawka życzliwości.

Otóż bardzo rzadko się zdarzało, by prezydenci po skończeniu kadencji wracali do czynnej polityki, ale ci, którzy się na taki krok zdecydowali, przeszli do historii ze względu na swoją późniejszą działalność, a nie tylko lata spędzone w Białym Domu. William Howard Taft został np. prezesem Sądu Najwyższego, a John Quincy Adams przez ostatnich 20 lat życia zasiadał w Izbie Reprezentantów, gdzie z pasją walczył z niewolnictwem. "Któż jest lepszym kandydatem do kontynuowania tej tradycji?" - napisał autor redakcyjnego komentarza.