Dziennik Gazeta Prawana logo

Obama zatrudnia weteranów od Busha

27 listopada 2008, 03:13
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Obietnice Baracka Obamy o przewietrzeniu politycznych salonów odchodzą w zapomnienie. Trzy stanowiska kluczowe dla bezpieczeństwa państwa prawdopodobnie obejmą waszyngtońscy weterani, z czego dwaj dodatkowo są współpracownikami odchodzącego prezydenta, zaś stanowisko szefowej dyplomacji ma przypaść byłej pierwszej damie Hillary Clinton - pisze DZIENNIK.

"Zwycięstwo daje nam szansę na wprowadzenie zmian. Nie dojdzie do tej zmiany, jeśli wrócimy do starych metod" - zapowiadał Obama w noc wyborczą, gdy było już wiadomo, że to on zostanie 44. prezydentem USA. Jednak jego zespół ds. bezpieczeństwa, który jest już w ostatniej fazie tworzenia, bardziej kojarzy się z polityką kontynuacji niż rewolucji. Amerykańskie media wczoraj były niemal pewne, że stanowisko sekretarza obrony przynajmniej na rok zachowa Robert Gates, który od dwóch lat realizuje politykę George’a W. Busha w Iraku i Afganistanie, a prywatnie jest bliskim przyjacielem jego rodziny. Co więcej, wraz z nim na wysokich stanowiskach w administracji pozostanie przynajmniej kilku jego zaufanych pracowników.

Także dwa inne kluczowe stanowiska u Obamy najpewniej obejmą politycy z wieloletnim waszyngtońskim doświadczeniem. Fotel doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego przypadnie Jamesowi Jonesowi, który podobnie jak Gates pracował dla administracji Busha. Ten były generał Marines pełni obecnie funkcję specjalnego wysłannika ds. inicjatyw pokojowych na Bliskim Wschodzie. Świeżego powiewu do polityki zagranicznej nie wniesie także przymierzająca się do posady sekretarza stanu Hillary Clinton, która przez osiem lat była doradcą swego męża prezydenta, a po wyprowadzce z Białego Domu przeniosła się na Kapitol.

Także drugi szereg w drużynie ds. bezpieczeństwa to starzy polityczni wyjadacze, najczęściej z przeszłością w rządzie Clintona. Zastępcą sekretarza stanu ma zostać James Steinberg, który pełnił to stanowisko w poprzedniej demokratycznej administracji, zaś ambasadorem przy ONZ najpewniej będzie Susan Rice, która u Clintona odpowiadała za politykę z krajami afrykańskimi. "Wyborcy Obamy, którzy liczyli na szybkie wycofanie sił USA z Iraku, z pewnością poczują się rozczarowani widząc, że w nowym rządzie pierwsze skrzypce grać będą politycy prowojenni i zwolennicy interwencjonizmu tacy jak Clinton czy Gates" - mówi nam John Fortier, politolog z American Enterprise Insitute. Jednak jego zdaniem prezydent elekt, który musi zmierzyć się nie tylko z dwiema wojnami, ale także globalnym kryzysem gospodarczym, nie może pozwolić sobie na eksperymenty. W tej sytuacji woli postawić na rutynę i doświadczenie nawet za cenę rozczarowania części swojego elektoratu. "Trzeba także pamiętać, że do wprowadzenia rzeczywistych zmian, o jakich ciągle mówił Obama, trzeba wiedzieć, jak funkcjonuje administracja. Paradoksalnie może okazać się, że właśnie z tymi ludźmi będzie łatwiej realizować rewolucyjne pomysły niż z nowicjuszami" - dodaje Fortier.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj