Afera na pograniczu gruzińsko-osetyjskim, w jednym z najbardziej zapalnych miejsc świata, z udziałem prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, znów pokazała, że dla polskiej polityki partyjnej nie ma żadnych granic. A już na pewno nie wyznacza ich odpowiedzialność za międzynarodowy wizerunek Polski jako kraju w jakikolwiek sposób przewidywalnego. Bardziej nawet można zrozumieć Saakaszwilego, któremu Rosjanie okupują jedną trzecią kraju, a opozycja chce wystawić rachunek za nieudaną próbę odzyskania Osetii. I dlatego chwyta się brzytwy.

Ale Kaczyńskiego Rosjanie nie przyciskają do muru, nie zajmują części Polski, ani nawet nie grożą, że zajmą. Swoje zupełnie uzasadnione wątpliwości co do ich zachowania na Kaukazie prezydent może, a nawet powinien wyrażać metodami dyplomatycznymi. Kaczyńskiemu nie wolno grać własnym ciałem, bo nie jest osobą prywatną, członkiem jakiejś sympatycznej organizacji pozarządowej, ale urzędującym prezydentem Polski. I razem ze sobą zaangażował w konflikt, w sposób pasujący zarówno Gruzinom jak i Rosjanom, ale na pewno nie nam, autorytet naszego państwa.

Jeśli rajd Kaczyńskiego prezydencką limuzyną bez obstawy, prosto na osetyjski posterunek, można w ogóle nazwać jakąś formą uprawiania polityki zagranicznej - a bardzo w to wątpię - na pewno nie była to polityka uzgodniona z rządem. Czyli z organem władzy wykonawczej konstytucyjnie odpowiedzialnym za jej prowadzenie. Jeśli Lech Kaczyński miał trochę racji, powołując się na konstytucję, kiedy ludzie premiera kradli mu samolot, teraz sam pokazał, że polską konstytucję traktuje z przymrużeniem oka. W dodatku dziennikarzy czy polityków, którzy mieli obowiązek zapytać o sens jego kaukaskiej wyprawy, Kaczyński uznał za członków prorosyjskiego lobby. Do czego także nie ma prawa, bo jest prezydentem, a nie drapieżnym publicystą jakiejś niszowej gazetki.

Ale znowu nie tylko prezydent popełnił błąd. Szef jednej z najważniejszych służb w państwie, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Krzysztof Bondaryk, postanowił odbudować swój nadszarpnięty autorytet, dostarczając premierowi raport przepisany z rosyjskich mediów i prezentujący rosyjską wersję wydarzeń. Bynajmniej nie dlatego, że należy do „prorosyjskiego lobby”, ale dlatego, że wersja rosyjska kompromituje Kaczyńskiego. A szef ABW nauczył się, i to już dawno, że polskie państwo służy partiom, a nie narodowi. I chciał się przysłużyć rządzącej Platformie, dostarczając amunicji na prezydenta, który jest z opozycji. Jednak swoją nadgorliwością Bondaryk tylko Platformie zaszkodził. Donald Tusk musiał się ostatecznie do jego raportu i jego gorliwości zdystansować.

W ten sposób gruzińska wyprawa prezydenta Lecha Kaczyńskiego okazała się ostatecznie fatalna dla wszystkich.