W dniu zaprzysiężenia Mahmuda Ahmadineżada w różnych punktach Teheranu słychać było skandowane okrzyki na cześć Boga i na pohybel prezydentowi. Dostojeństwo religijno-państwowej ceremonii zakłóciły też spektakularne nieobecności niektórych szyickich dygnitarzy oraz zniecierpliwiony gest władcy odmawiającego elektowi rytualnego prawa do ucałowania jego dłoni. Zaś światowa opinia interesowała się w tym czasie co najmniej w równym stopniu pokazowym procesem setki opozycjonistów, podczas którego złamany mułła Ali Abtahi oskarżał swych opozycyjnych przyjaciół o udział we wrogiej konspiracji. Wszystkie te zdarzenia dają się interpretować tylko w jeden sposób: jako zły znak dla Ahmadineżada. Jeśli mułła Chamenei zdecydował się przetransponować do islamskich warunków ideę masowego i pokazowego procesu, to miał w tym zapewne swój cel.

Nie jest nim tylko wywołanie lęku pośród ludzi, licznie dotąd zaangażowanych tak w protesty, jak i w nieformalną sieć wzajemnego informowania o oporze siebie oraz świata. Oskarżając ustami złamanych podsądnych swoich najsilniejszych oponentów: Musawiego, Chatamiego i Rafsandżaniego, o konspirację z niskich pobudek (zemsta i zazdrość) oraz o spisek z udziałem obcych wrogów kraju, ajatollah niechybnie przygotowuje grunt pod następny trudny i ryzykowny krok: aresztowanie i postawienie przed islamskim sądem owej trójki spiskowców. Krok ten wywoła zapewne kolejną falę demonstracji i starć, ale Chamenei jest chyba bliski podjęcia takiego ryzyka. Pokazowy proces drugorzędnych opozycjonistów nie miałby przecież wielkiego sensu, jeśliby nie był wstępem do intrygi, która w finale ugodzić ma w prawdziwych protagonistów. To już wiemy co najmniej od czasu słynnych procesów moskiewskich i ich analiz dokonanych przez Weissberga-Cybulskiego.

Opór społeczny jest wyraźnie słabszy niż w czerwcu, ale za to uparty, zahartowany represjami i – tak jak niegdyś podziemna „Solidarność” – zdecentralizowany. Charakterystyczna jest scena zarejestrowana amatorską kamerą w środę w teherańskim metrze. Tunelem i schodami przemieszcza się tłum. Ktoś zaczyna skandować: „Precz z tyranem!”. Pojawia się zielony opozycyjny emblemat. Zwarty tłum idzie dalej. Tylko kamera rejestruje jego spokojne, jednobrzmiące, wspólne skandowanie: „Precz z tyranem”. Scena ta unaocznia łatwość wyzwolenia (przynajmniej w stolicy) opozycyjnego odruchu. A to znaczy, że władza straciła zdolność pacyfikacji oporu, który będzie pełzać i uderzać w reżim powracającymi falami.

Tę batalię Chamenei już przegrał. Widać też coraz wyraźniej, że zdeterminowana obrona Ahmadineżada za cenę fałszerstw wyborczych i wywołania rozruchów nie ma szerokiej akceptacji mułłów. Jest to raczej osobista rozgrywka Chameneiego, który sposobił sobie od lat obecnego prezydenta do roli własnego klienta, zależnego nawet pod względem materialnym. Wskazuje na to choćby niedawna groteskowa inicjatywa ważnego szefa Rady Strażników, mułły Jannatiego, który zainicjował specjalny memoriał parlamentarny, ostrzegający prezydenta, że nie wolno mu sprawiać władcy kraju żadnych kłopotów ani przykrości. Ahmadineżad sprawił właśnie bowiem przywódcy przykrość, chcąc obsadzić nie dość prawomyślnego ojca swojej synowej na funkcji wiceprezydenta islamskiej republiki. O teherańskich walkach buldogów pod dywanem możemy wnioskować także po kłopotach prezydenta z obsadzeniem nowego rządu (już trzy rezygnacje).

W końcu Ahmadineżadowi źle wróży gwałtowne hamowanie gospodarcze szybko dotąd rozwijającego się kraju. Niskie ceny ropy, międzynarodowe embargo i politycznie uwarunkowany spadek inwestycji prawie do zera mogą być tylko gwoździem do trumny tej prezydentury. Najbardziej logiczną prognozą dla Iranu jest więc to, że Ahmadineżad swoją kartę przegra i nie przetrwa następnych czterech lat. Tyle tylko, że to wszystko, co jest dziś zwiastunem przyszłej porażki prezydenta, nie jest zarazem wcale zapowiedzią szybkiego przełamania się przewlekłego kryzysu tego państwa.