Grzegorz Osiecki: Dziś spotkanie premiera Donalda Tuska z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim. Obaj politycy mają rozbieżne poglądy na gospodarkę. Spodziewa się pan, że wypracują wspólną receptę na kryzys?
Piotr Kownacki: Akurat w tej rozbieżności nie upatrywałbym niczego złego, bo dyskusja ma sens wtedy, gdy są różne stanowiska. Dobrze by spotykał się premier z liderem opozycji. Bo kryzys to moment kiedy warto się wznosić ponad bieżące podziały, warto współdziałać i myśleć o niestandardowych rozwiązaniach.

Jakich?
Takich, które przyjmuje się mimo różnic politycznych, uzgadnia w drodze kompromisu i błyskawicznie przeprowadza przez Sejm, Senat i prezydenta.

Wyobraża pan sobie takie współdziałanie między Donaldem Tuskiem a Jarosławem Kaczyńskim?
Wyobrażam sobie, bo sytuacja jest poważna. Paradoksalnie, ten światowy kryzys otwiera przed Polską nowe szanse i jeśli odważymy się na śmiałe, nieschematyczne działania, to możemy wyjść z kryzysu wzmocnieni, a nie osłabieni. I jeśli obu stronom politycznej barykady uda się uzgodnić takie wspólne działania, to wierzę, że premier Tusk i prezes Kaczyński byliby skłonni realnie współpracować.

Prezydent chciałby być patronem takiego porozumienia?
Tak. Prezydent sprzyjałby takiemu porozumieniu. Jeśli ono zostanie zbudowane, to na pewno prezydent się z tego ucieszy.

A czy podejmie jakąś inicjatywę, by do takiego porozumienia doszło?
Zobaczymy. Na razie premier spotyka się z prezesem Kaczyńskim.

Prezydentowi podoba się oszczędnościowa polityka rządu?
Nie. Trudno te cięcia nazywać oszczędnościami. Do tego sprawiają one wrażenie chaotycznych i robionych dosyć przypadkowo. Należało przecież zmienić założenia jeszcze podczas prac nad budżetem stosownie do posiadanej wiedzy. Nie należało się upierać i uchwalać od początku nierealistyczny budżet.

Prezydent ma pomysł, jak wyjść w kłopotów finansowych państwa?
Trzeba jeszcze poczekać, by prezydent wypowiedział się w tej sprawie. Natomiast chodzi o aktywne szukanie rozwiązań, o działanie.

Co to znaczy aktywne, zwiększenie deficytu?
To może być w pierwszym momencie ponętna propozycja. Ale trzeba bardzo ostrożnie do tego podejść, bo sfinansowanie tego deficytu może być bardzo trudne, a przede wszystkim kosztowne. Nasze papiery skarbowe nie są najlepszymi na rynku światowym i trzeba wysoko je oprocentować, by zachęcić do ich kupna. Z drugiej strony takie dogmatyczne podejście, jakie prezentuje rząd, jest nieuzasadnione. Powinno się policzyć, czy warto zwiększać deficyt, ryzykując pogorszenie się pozycji Polski na liście krajów stabilnych finansowo.

A jakie inicjatywy w sprawie kryzysu podejmie prezydent?
Prezydent interesuje się sytuacją od kilku miesięcy, zorganizował Radę Gabinetową, były spotkania z ekonomistami, powołał doradców ekonomicznych. Mają być powołani kolejni.

Prezydent dąży do pełnego spektrum opinii ekonomicznych?
Tak. Prezydent rozmawiał z ponad dwudziestoma profesorami z różnych ośrodków i prawdopodobnie z tego grona zostaną wybrani kolejni doradcy.

Ktoś taki jak Balcerowicz będzie w tym gronie?
Nie spodziewam się. Ale na pewno takie poglądy nie eliminują z grona osób doradzających.

A jaki będzie cel tych działań prezydenta?
Można się spodziewać, że prezydent będzie korzystał ze swoich uprawnień, że będzie zachęcać rząd od działań, upubliczniać swoje poglądy, promować jakieś rozwiązania. Prezydent nie ma możliwości bezpośredniego wpływania na rzeczywistość gospodarczą, może poza inicjatywą ustawodawczą.

Jaką konkretnie inicjatywą?
W tej chwili nie pracujemy jeszcze nad żadną konkretną ustawą w tym obszarze, ale nie można tego wykluczyć.

A będzie Rada Gabinetowa w sprawie kryzysu?
Tego również nie można wykluczyć, ale dopiero w momencie gdy propozycje, które będzie chciał prezydent zgłosić, będą już bardziej konkretne.

Wkrótce ma dojść do spotkania prezydenta z premierem w sprawie śmierci Polaka w Pakistanie. Po co?
Takiego spotkania nie wykluczamy, choć żadne ustalenia jeszcze nie zapadły. Myślę, że prezydent chciałby poznać szczegóły, przedyskutować, czy jako prezydent może coś zrobić w tej sprawie, jakie są wnioski na przyszłość.

Czy Lech Kaczyński widzi jakieś błędy działaniach naszych władz w sprawie uwolnienia Piotra Stańczaka?
To jest tak duża tragedia, że na pewno trzeba unikać politycznego dyskontowania takich rzeczy czy rozpatrywania tej sprawy w tych kategoriach. To jest tak, że post factum, każdy może dopatrywać się błędów, gdybać, że jakby coś zrobiono wcześniej, później albo inaczej – to byłoby lepiej. Tylko że takie gdybanie nie ma sensu.

A pan widzi jakieś błędy?
Tak, ale nie uważam za celowe, by to roztrząsać, a zwłaszcza publicznie. Jestem przekonany, że wszyscy ludzie, którzy byli zaangażowani w uwolnienie naszego rodaka, robili wszystko, co w ich mocy. Nawet jeśli popełnili jakiś błąd, to nie ze złej woli, tylko po prostu ludzie czasem popełniają błędy i to jest nieuniknione.

Nasza gazeta informowała, że zaniedbany został kierunek afgański?
Może. Ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że to region świata, gdzie porwania są na porządku dziennym i że to tamtejszy sposób załatwiania spraw. Są takie obszary w Pakistanie, nad którymi żadne państwo nie sprawuje władzy w naszym rozumieniu tego słowa. To realia, które nam trudno sobie wyobrazić. Zresztą już pojawiają się takie stwierdzenia, że może władze pakistańskie nie dość poważnie podeszły do tej sprawy. Ja przypuszczam, że ich możliwości działania są ograniczone.

W takim razie uważa pan takie reakcje jak ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy, który skrytykował rząd pakistański, czy marszałka Senatu Bogdana Borusewicza, który odwołał wizytę swojego pakistańskiego odpowiednika, za przesadzone?
Wypowiedź ministra Czumy bardzo mnie zdziwiła. Była bardzo niefortunna. Ona jest obraźliwa pod adresem państwa, z którym jesteśmy w dobrych stosunkach. Tego typu zarzuty, że władze Pakistanu są powiązane z terrorystami, są poważne. I nie sądzę, by minister Czuma był upoważniony przez premiera do składania takich deklaracji.

Jakie powinny być konsekwencje tej wypowiedzi?
Proszę nie oczekiwać od mnie wypowiedzi w tej sprawie.

* szef Kancelarii Prezydenta