"Newsweek" podaje, że negocjacje między politykami zaczęły się dwa dni po wybuchu afery taśmowej. Do pierwszego spotkania miało dojść w mieszkaniu jednego ze znajomych polityków. Atmosfera miała być wyśmienita. Gospodarz podał wino i zostawił obu liderów. Rozmowa między Kaczyńskim i Gowinem przeciągnęła się zdaniem tygodnika do trzeciej nad ranem.

Kolejne spotkanie trwało około dwóch godzin i także przebiegało w miłej atmosferze. Według "Newsweeka" pomiędzy politykami nie było w zasadzie żadnych spornych kwestii. Kaczyński miał się nawet zgodzić na zawarcie pisemnej umowy. Jak podaje tygodnik, prezes PiS nie oponował, by politycy Polski Razem wystartowali z list Prawa i Sprawiedliwości. Zgodził się także na to, by oba ugrupowania podzieliły się po wyborach parlamentarnych dotacją budżetową.

"O Smoleńsk Gowin nawet nie zdążył spytać. Kaczyński sam rozwiał jego obawy, dając do zrozumienia, że w zamach nie wierzy. Jeśli już, to raczej w wypadek będący skutkiem ubocznym celowego obniżania bezpieczeństwa prezydenta" - czytamy stronie internetowej "Newsweeka"

Kaczyński także stawiał swoje warunki. Nie chciał się na przykład zgodzić, by wspólnym kandydatem na prezydenta Warszawy został Paweł Kowal. Gowin przy tej kandydaturze nie upierał. Dlaczego zatem nie doszło do porozumienia? 

Dwa dni przed prawicową konwencją organizowaną przez PiS, Kaczyński wycofał się z większości ustaleń, a Gowin zerwał rozmowy.