Najnowszy raport przygotowany przez stowarzyszenie Warszawskie Forum Samorządowe (WFS) pokazuje, że mieszkańcy stolicy coraz częściej nie zgadzają się z polityką władz miasta. Jak choćby w sprawie ładu przestrzennego, który, jak się wydaje, nie jest oczkiem w głowie Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Blisko trzy czwarte ankietowanych (z 1067 respondentów przebadanych metodą CATI) jest zdania, że centrum Warszawy wymaga nowych inwestycji - zwłaszcza okolice Dworca Centralnego, Powiśla czy Muranowa. A miasto od lat ich nie realizuje.

Jeśli Warszawa aspiruje do bycia stolicą Europy Środkowo-Wschodniej, to miejsca takie jak dzisiejsze okolice placu Defilad przy Pałacu Kultury są wręcz dyskwalifikujące. Bo zamiast terenu zielonego, przestrzeni kulturalnej czy centrum przedsiębiorczości mamy tam wielki parking i budki z kebabem - mówi Michał Michałowski z Fundacji Nowe Perspektywy.

Być może wpływ na taką opinię warszawiaków miały nie tylko względy estetyczne. W ubiegłym roku miasto wydało na inwestycje 1,27 mld zł, podczas gdy pierwotne plany zakładały kwotę ponad dwukrotnie wyższą (2,58 mld zł). Ten rok ma być lepszy - plan w pierwszym półroczu wykonano już w ponad 20 proc. (wydatki inwestycyjne na 542 mln zł), podczas gdy w analogicznym okresie 2016 r. było to niecałe 10 proc.

W całym 2015 r. udało się zrealizować mniej niż 52 proc. planu, a w 2014 r. - ok. 80 proc. Z tych względów trudno za dobrą monetę wziąć plany stolicy wynikające z wieloletniej prognozy finansowej. Z zawartych tam danych wynika, że w latach 2017–2023 nakłady inwestycyjne przekroczą 17 mld zł, z czego 3,6 mld zł już w przyszłym roku.

Ciekawe konkluzje raport WFS przynosi też w kontekście budowy kolejnych wieżowców. Inwestycje wysokościowe w Warszawie nierzadko mają pod górkę, głównie z uwagi na protesty lokalnych społeczności. Wystarczy wspomnieć problemy z ukończeniem słynnego "żagla" Libeskinda, który dziś jest jednym z symboli Warszawy, czy ciągnące się od lat kłopoty z zagospodarowaniem okolic ul. Emilii Plater w ścisłym centrum miasta. Mimo to kolejne drapacze chmur są mile widziane przez większość ankietowanych. Ponad 54 proc. mieszkańców uważa, że powinno powstawać ich więcej i że ich miejsce jest w ścisłym centrum (okolice Pałacu Kultury i Alej Jerozolimskich).

Problem w tym, że administracja miasta nie pali się do realizacji tych postulatów. Wszystko przez poślizgi w uchwalaniu planów miejscowych, które uporządkowałyby procesy inwestycyjne. Warszawa nie ma planu np. dla Ściany Wschodniej, Śródmieścia Południowego, Powiśla i innych kluczowych miejsc. Plany, co jest absurdem, są procedowane latami. To powoduje, że jesteśmy skazani na chaotyczne wuzetki (warunki zabudowy – red.) – tłumaczy nam przedstawiciel branży deweloperskiej. Jak dodaje, gdyby miasto plany uchwaliło, to miejskie działki stałyby się atrakcyjniejsze, a rynek bardziej konkurencyjny. – To istotne w sytuacji, gdy zabiegamy np. o zagranicznych inwestorów – zwraca uwagę nasz rozmówca.

Brak planów miejscowych odczuwają nie tylko inwestorzy, lecz także miasto. Warszawa już musiała dokonać korekty tegorocznego budżetu. Wśród zmian znalazło się m.in. zmniejszenie planu dochodów ze sprzedaży nieruchomości o kwotę 126 mln zł z powodu braku możliwości sprzedaży działek w tzw. serku bielańskim w konsekwencji nieuchwalonego miejskiego planu zagospodarowania przestrzennego - wynika z treści założeń do przyszłorocznego budżetu.

Władze miasta mogą też mieć zgryz, jeśli chodzi o podążanie za trendem polegającym na uspokajaniu ruchu w mieście. Od dawna stolica skupia się na promowaniu ruchu pieszo-rowerowego w centrum i namawia warszawiaków do porzucania czterech kółek na obrzeżach. Tymczasem z badań WFS wynika, że mieszkańcy są w tej sprawie podzieleni – 49 proc. popiera ten kierunek, ale niewiele mniej (46,1 proc.) jest przeciwna. Najwięcej zwolenników wprowadzenia barier dla samochodów jest w przedziale wiekowym 70+ (67 proc.), najmniej w grupie 30–39 (36 proc.).

Brak wyraźnej deklaracji ze strony mieszkańców może utrudnić miastu podjęcie bardziej zdecydowanych działań w tym zakresie. Z decyzjami ratusza wiąże się ich koszt polityczny. Nie spodziewam się, że w roku wyborczym zajdą jakieś istotne zmiany. Ale kolejna kadencja władz samorządowych jest już odpowiednia do podejmowania nawet mniej popularnych decyzji – mówi Michał Michałowski. Jego zdaniem wyniki raportu sprawią, że władzom stolicy zapali się czerwona lampka, jeśli chodzi o dalszą politykę.

Tym bardziej że PiS zamierza wykorzystać wnioski z raportu na swoją korzyść. Miasto zbyt wolno przystępuje do procedury uchwalania planów miejscowych, a często dzieje się to za późno. Dlatego będziemy podnosić ten temat w kampanii wyborczej. Zastanawiamy się na przykład, czy sporządzania planów miejscowych nie przenieść na poziom dzielnic - mówi Michał Szpądrowski, warszawski radny PiS. Jeśli zaś chodzi o uspokajanie ruchu w mieście, odpowiada krótko:  Podążajmy za trendami, ale z głową. W środku zimy tylko naprawdę zawzięci ludzie pojadą rowerem do pracy. Tworzenie rekreacyjnych ścieżek rowerowych np. wzdłuż Wisły ma sens. Ale nie róbmy ich na siłę.

Jeszcze niedawno PiS chciał tworzyć Wielką Warszawę, a dziś mówi o decentralizacji. Oryginalne podejście - ironicznie komentuje stanowisko PiS wiceprezydent stolicy Michał Olszewski. Miasto to twór, który nigdy nie będzie ukończony. Dlatego nie dziwi mnie, że warszawiacy chcą zmian. Przy czym każda zmiana generuje napięcia wśród różnych grup społecznych. Tak dzieje się przy opracowywaniu planów miejscowych. Ale proponowane przez PiS zejście z tymi kompetencjami na poziom dzielnic nie rozwiąże problemów. Założenia planistyczne powinny być sporządzane na poziomie jednostek, które są w stanie prowadzić spójną politykę. Dziś 60 proc. decyzji inwestycyjnych jest wydawanych na podstawie planów miejscowych, a nie "wuzetek" - dodaje nasz rozmówca.