Sąd Okręgowy w Gdańsku w czwartek ogłosił wyrok w procesie o naruszenie dóbr osobistych z powództwa b. pracownika Stoczni Gdańskiej Henryka Jagielskiego przeciwko Lechowi Wałęsie. Jagielski pozwał Wałęsę do sądu - za nazwanie go tajnym współpracownikiem SB. W toku procesu powód zarzucił pozwanemu także mówienie nieprawdy o jego przynależności do "jakiegoś dziwnego stowarzyszenia o zbrodniczym charakterze" oraz, że "pobił kolegę w stoczni w latach 70."

Lech Wałęsa ma przeprosić Henryka Jagielskiego za nazwanie go tajnym współpracownikiem SB, za zarzucenie mu pobicia kolegi w stoczni oraz że należał do "tajnego stowarzyszenia" – orzekł w czwartek gdański sąd. Przeprosimy mają być zamieszczone na twitterze, na portalach gazeta.pl i dziennik.pl oraz listownie.

Były prezydent został też zobowiązany do zapłacenia na rzecz Jagielskiego 15 tys. zł wraz z odsetkami od czerwca 2017 r. i 600 zł tytułem zwrotu opłaty sądowej. B. prezydent ma też zapłacić 4,860 zł tytułem zwrotu kosztów zastępstwa procesowego i zaprzestać rozpowszechniania tych informacji.

Lecha Wałęsy nie było w czwartek w sądzie. Pełnomocnik b. prezydenta, mecenas Maciej Prusak odmówił komentarza do orzeczenia sądu.

W swojej mowie końcowej w ubiegłym tygodniu pełnomocnik domagał się oddalenia powództwa w całości. Dyrektor biura Lecha Wałęsy, Adam Domiński poinformował PAP, że nie będzie komentarza "do czasu otrzymania pisemnego uzasadnienia orzeczenia sądu". - Dopiero po otrzymaniu pisemnego uzasadnienie skomentujemy orzeczenie i poinformujemy o dalszym postępowaniu w tej sprawie – wyjaśnił.

W ocenie sądu, "twierdzenie jedynie na tej podstawie (rejestracji Jagielskiego w latach 60. jako swojego tajnego współpracownika o pseudonimie "Rak", bez dowodów na jego działalność operacyjną – PAP), że ktoś był agentem SB, jest zbyt daleko idące i pozwany wykazał się tutaj daleko idącą lekkomyślnością opierając na tym swoje przekonanie o współpracy powoda z SB".

- Niezrozumiałe jest, że osoba taka jak Lech Wałęsa, świadoma tego, jakie warunki trzeba spełnić, żeby uznać daną osobę za współpracownika tajnych służb, formułuje publiczne twierdzenia wobec Jagielskiego jedynie na podstawie wzmianki na temat rejestracji - podkreślił sąd. - Takiej wypowiedzi nie można traktować inaczej niż pomówienie, i to pomówienie hańbiące powoda – podkreślił sędzia Piotr Kowalski w ustnym uzasadnieniu.

W odniesieniu do zarzutu o pobiciu kolegi, sąd na podstawie zeznań świadków uznał, że "przebieg tego zajścia jest daleki od nazwania tego incydentu pobiciem". - Jeżeli chodzi o udział w związku antykomunistycznym, to pozwany Lech Wałęsa również nie wykazał, aby Jagielski był członkiem takiego stowarzyszenia oraz że zdradził swego kolegę – mówił sędzia.

- Żaden z zarzucanych powodowi właściwości nie został potwierdzony i próba wykazania przez pozwanego prawdziwości swoich twierdzeń zakończyła się fiaskiem. Mamy do czynienia z pomówieniami dosyć poważnymi, wyrażonymi publicznie – zaznaczył sędzia.

- Istotą wypowiedzi jest przedstawienie osoby powoda w jak najgorszym świetle. W powszechnym przekonaniu tajny współpracownik SB to kapuś, współpracujący z opresyjnym reżimem, samo donoszenie władzom jest traktowane przez polskie społeczeństwo jako czyn naganny – uzasadniał sędzia.

- Wreszcie zaczyna zwyciężać prawda – powiedział komentując wyrok obecny w sądzie 84-letni Henryk Jagielski. - Pieniądze nie mają znaczenia tylko prawda - powiedział dziennikarzom.

Proces toczył się od maja ubiegłego roku przed Sądem Okręgowym w Gdańsku. Rejestrację Jagielskiego potwierdził na pierwszej rozprawie, dyrektor Wojskowego Biura Historycznego Sławomir Cenckiewicz. Przyznał wówczas, że pracując wraz z Piotrem Gontarczykiem nad książką "SB a Lech Wałęsa" (wydana w 2008 r. przez IPN) odkrył, że SB zarejestrowała Jagielskiego w latach 60. jako swojego tajnego współpracownika o pseudonimie "Rak".