Zorganizowana we wtorek wieczorem i odbywająca się cyklicznie konferencja rzeczniczki Departamentu Stanu USA była mistrzostwem świata komunikacji. Słowa Heather Nauert tam, gdzie trzeba, były jednoznaczne. W innych punktach formułowała zdania tak, by nie urazić sojusznika i równocześnie dać do zrozumienia, jak wygląda rzeczywistość. Bez kłamstw i manipulacji. I bez dementi informacji podanych przez Onet, a wcześniej DGP.

Nie zawieszono dialogu

Informacje, które mówią o zawieszeniu współpracy dotyczącej bezpieczeństwa lub dialogu na wysokim szczeblu, są po prostu fałszywe – mówiła Nauert. Nikt jednak nie pisał, że do czegoś takiego doszło. Doniesienia takie byłyby kuriozalne i wbrew powszechnie znanym faktom. W Polsce stacjonują amerykańscy żołnierze. Nie odwołano też planowanych wspólnych ćwiczeń. Trwają rozmowy o zakupie przez Polskę systemów Patriot i innych typów uzbrojenia. Nie zawieszono również dialogu na wysokim szczeblu (wysokim, a nie najwyższym – głów państw i szefa rządu). Jak pisaliśmy, wczoraj do USA poleciał szef gabinetu prezydenta – Krzysztof Szczerski, który będzie rozmawiał z asystentem sekretarza stanu ds. Europy i Eurazji Wessem Mitchellem. W Warszawie był specjalny wysłannik USA ds. Ukrainy i były ambasador USA przy NATO Kurt Volker. Niedawno ze Stanów wrócił wiceminister Marek Magierowski, który spotykał się z kongresmenami i Mitchellem. Jest jednak problem z kontaktami głowy państwa i szefa rządu, a nie osób niższych rangą.

Onet ujawnił wczoraj kolejny dokument potwierdzający doniesienia portalu, a wcześniej DGP. To wewnętrzna korespondencja Jana Parysa, który prawie do końca stycznia pełnił obowiązki szefa gabinetu politycznego ministra Jacka Czaputowicza, a wcześniej Witolda Waszczykowskiego. „Ze względu na znaczenie USA dla naszego bezpieczeństwa nie do przyjęcia jest sytuacja, kiedy prezydent czy premier mają zablokowane kontakty z głównym sojusznikiem. Moim zdaniem uregulowanie sporu z USA jest ważniejsze niż spór z Izraelem czy rozmowy z KE na temat praworządności” – czytamy w niej. Onet podał również numer notatki MSZ, która opisywała zły stan relacji z USA. Chodzi o dokument oznaczony jako Z-99/2018 datowany na 20 lutego. Co ciekawe, resort spraw zagranicznych nie zaprzeczył, że coś takiego istnieje. Za to – jak wynika z nieoficjalnych informacji DGP – rozpoczęło się poszukiwanie osoby, która przekazała go dziennikarzom.

Z punktu widzenia tych nowych informacji zaskakujące były wczoraj słowa premiera Mateusza Morawieckiego. – To świadczy o tym, że tutaj ktoś pewnie został wprowadzony w błąd przez kogoś – mówił. – Na naszym poziomie, w różnych aspektach – gospodarczych, zbrojeniowych – toczą się cały czas rozmowy, tak jak się toczyły do tej pory, i nie ma tutaj żadnych zmian – dodał szef polskiego rządu.

Presja na polskie władze

Podsumujmy fakty. Rzeczywiście nie ma mowy o sankcjach czy uznaniu polskiego prezydenta czy premiera za persona non grata. To terminy z zupełnie innego porządku (o jednoznacznych definicjach). Zarezerwowane są dla szpiegów, polityków łamiących prawo międzynarodowe (np. dokonujących aneksji jakiegoś półwyspu lub prowadzących programy nuklearne ze złamaniem traktatów) lub szemranych oligarchów (np. eksportujących z okupowanego Donbasu via Rosja węgiel do Unii Europejskiej). Polscy politycy do tego grona nie należą, a te pojęcia są po prostu nieadekwatne do opisu obecnej sytuacji. Można je traktować jako kontrowersyjne skróty myślowe. I tak zostały potraktowane przez Onet. Trudno zakładać, że dziennikarze działali w złej wierze.

Tak jak informowaliśmy w DGP w ubiegły czwartek, problemem jest wywierana dyskretnie przez USA presja na polskie władze (co potwierdza pismo Parysa). I to, że w związku ze sporem z Izraelem na tle ustawy o IPN nie dojdzie do spotkania prezydenta Dudy z Donaldem Trumpem lub Michaelem Pence’em w kontekście polskiej prezydencji w Radzie Bezpieczeństwa ONZ i majowej wizyty głowy państwa w USA. W tym punkcie rzeczniczka Departamentu Stanu zresztą niczego nie dementowała.

Nie mam informacji o żadnych spotkaniach, które byłyby planowane – mówiła, odpowiadając na pytanie, czy prezydent Polski może spotkać się z Trumpem.

Gdy jeden z reporterów dopytywał o ewentualne spotkanie prezydentów Polski i USA podczas lipcowego szczytu NATO, Nauert odpowiedziała salomonowo, że „wiele rzeczy może się wydarzyć do tego czasu”. Dodała, że „nie porzucimy (USA nie porzucą – red.) swoich zobowiązań bezpieczeństwa wobec Polski”. To wszystko prawda. Wiele rzeczy może się wydarzyć. Może np. zostać znowelizowana ustawa o IPN. A do tego, aby porzucić zobowiązania bezpieczeństwa wobec Polski, USA musiałyby wycofać się z NATO, wycofać Polskę z NATO lub zakwestionować art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego.

Takiego wariantu, co oczywiste – nikt nie zakłada. Wynika to z kalkulacji strategicznej, a nie z tego, czy ktoś lubi polskiego prezydenta i premiera, czy też nie. Rządzący wychodzą z założenia, że baza tarczy antyrakietowej w Redzikowie czy obiekt NSA pod Górowem Iławieckim niedaleko granicy z obwodem kaliningradzkim nie jest jałmużną. Tak samo jak nie jest nią kupowanie za miliardy dolarów przez Polskę uzbrojenia w USA.

Jak sojusznik sojusznikowi

W sprawie spotkań na najwyższym szczeblu (prezydenta i premiera) reporter dopytywał: „Czy to możliwe, że padły sugestie ze strony USA, Departamentu Stanu, że może być problem z takimi spotkaniami?”. – Nie zamierzam spekulować – stwierdziła Nauert. Na pytanie, czy „polski minister spraw zagranicznych jest mile widziany w Departamencie Stanu”, odpowiedziała, że nie ma żadnych spotkań ani żadnych planów, które mogłabym w tym momencie ogłosić”.

Według rozmówców DGP sygnały wysyłane przez USA należy uznać za najdelikatniejszą formę, w jakiej sojusznik mógł zakomunikować pewne fakty sojusznikowi. Nie należy się spodziewać, że któryś z amerykańskich dyplomatów czy polityków w oficjalnym wystąpieniu zacznie kogoś publicznie krytykować. Takich spraw nie załatwia się w ten sposób. Nie ma sankcji, persona non grata i bojkotu. Ale są gesty, które należy odpowiednio czytać.