Radosław Gruca: Do dziś dwa pani projekty stanęły na rządzie, choć w pierwszym półroczu miało ich być dziesięć. A siedem ustaw sejmowych jest w takim stanie, że komisja nie mogła nad nimi pracować. Nie radzi pani sobie?

Ewa Kopacz:Poza 10 ustawami które opracowujemy w ministerstwie, mamy jeszcze nadzór nad poselskimi. Ktoś, kto mówi, że nic nie robimy, wygłasza krzywdzące opinie. Zresztą media nie dość dokładnie analizują moją pracę. Wprowadziliśmy 37 nowych rozporządzeń, pracujemy nad kolejnymi 123. A ponad 20 z nich, to takie rozporządzenia, które trzeba było pilnie wprowadzać, bo nie wyrobili się z nimi nasi poprzednicy. Jeszcze do końca czerwca dwie kolejne ustawy staną na radzie ministrów. Sześć projektów przechodzi konsultacje społeczne. Tak jest z prawem farmaceutycznym i ustawą o urzędzie rejestracji leków. Wiele prac zostanie ukończonych w drugim półroczu. Ale ustawa ustawie nie równa. Ocenianie prac wykonywanych w ministerstwie tylko pod względem statystycznym jest trochę niewiarygodne.

A może przeceniła pani możliwości resortu? Po co zapowiadać coś, czego się nie da zrobić?

Mogliśmy wpisać do planu pracy zamiast dziesięciu ustaw dwie lub trzy. A najlepiej zamiast pracować - chodzić i uśmiechać się do kamer, ziewając z nudów. Miałabym 100 proc. wykonanej normy, ale co z tego? Zaniedbania w służbie zdrowia są kilkuletnie. A ja mam zbyt krótkie życie, żeby założyć sobie, że przygotuję jedną ustawę na sześć miesięcy, albo dziesięć ustaw, ale każda tylko po pięć punktów i mieć dzięki temu wykonany plan.

Ale pani sama ten plan sobie narzuciła!

Robię to, co jest konieczne. Wcześniej nikt nie chciał reformować systemu kompleksowo, a jedynie wycinkowo. I wygląda to tak jak słynna ustawa Religi z OC (czyli tzw. podatek Religi). Wielki sukces! Ustawa szybko przeszła przez radę ministrów, błyskawicznie przez sejm i senat, prezydent podpisał ją bez wahań. A co z niej wyszło na koniec? Dziś musimy ją nowelizować, bo zamiast wpływu pieniędzy na leczenie chorych na poziomie 800 mln jest kilka tysięcy złotych. Muszę naprawiać to, co inni zepsuli. Mój priorytet to działanie na rzecz tych, o których moi poprzednicy zapomnieli: cukrzyków, chorych na hemofilię, choroby sieroce. Pracy jest dużo, bo i zaniedbań jest dużo.

Ale tę pracę mało kto dostrzega. W sondażach wypada pani kiepsko na tle innych ministrów.

Media nie opisują dokładnie mojej pracy. A wystarczy spojrzeć choćby na decyzję komisji europejskiej. Dzięki moim staraniom polskie pielęgniarki ze stopniem licencjata wkrótce będą miały kwalifikacje uznawane w UE. Walczymy o to, żeby uznawano je też pielęgniarkom po szkole medycznej. Musimy, bo przy naszym wejściu do UE zaniedbało to SLD, przez dwa lata nic nie zrobił z tym PiS. Nam się udało, ale to też kosztowało czas. Do Brukseli w tej sprawie jeździliśmy dwa razy. To mało?

Posłowie twierdzą, że brakuje najważniejszych projektów z pani ministerstwa.

W zeszłym tygodniu przygotowaliśmy stanowisko w stosunku do kluczowej ustawy o ZOZ-ach. Jako rząd rekomendujemy poprawki. Wszystkie błędy zostały już w nich poprawione i od ostatniego tygodnia prace ruszyły. Teraz wystarczy zwołać komisję.

Kiedy ustawa wejdzie w życie?

Nie będę jak policjant popędzać komisji. To nie zależy ode mnie. Nasi posłowie wiedzą już, jakie poprawki mają zgłaszać, i nie będzie z nimi żadnych problemów. Ale czy opozycja nie będzie wszystkiego hamować? Bo takie dyskusje na komisjach, z jakimi mieliśmy do czynienia, to jest dywersja i granie przeciwko pacjentom.

Ale posłowie wskazywali, że bez stanowiska rządu do ustawy o ZOZ-ach nie można było pracować nad innymi ustawami i stąd wzięły się opóźnienia. Kłamali?

Nawet jak będą mieli i dokładne stanowisko rządu, i znany mechanizm oddłużenia, to i tak będą problemy. Ustawa o ZOZ-ach leżała cały czas w Sejmie. Posłowie są przygotowani, żeby składać poprawki. W międzyczasie zmieniliśmy trochę koncepcję. Ale nie bez przyczyny. Zmiany w ustawach są związane z białym szczytem. To głosy stron zdecydowały.

Uczestnicy szczytu chcieli rezygnacji z obowiązku posiadania 51 proc. udziału w szpitalu przez samorząd?Przecież to miało być zabezpieczenie przed dziką prywatyzacją. Dlaczego zniknęło?

Teraz oddajemy 100 proc. samorządom. Dajemy im narzędzia, by czuli się właścicielami. Będą mieli prawo zapisane w kodeksie spółek handlowych, które umożliwia nie tylko zwolnienie niesprawnych zarządzających, ale także domagania się od nich zadośćuczynienia. Umarzamy też długi publicznoprawne, czyli 2,7 miliarda. To jest więcej niż oddłużenie sprzed dwóch kadencji, które przyniosło szpitalom 2,2 mld, ale niczego nie załatwiło.

Macie hamulec bezpieczeństwa? Czy jest pani pewna, że samorządy nie będą zamykać szpitali?

Jestem pewna, że nie żyje Kopernik. A zamiast 51 proc. zawarliśmy zabezpieczenia w ustawie o ZOZ-ach. Szpitalowi pomożemy finansowo pod warunkiem, że docelowo przekształci się w spółkę. Właśnie po to, żeby nikomu w samorządzie nie przyszło do głowy przejmować majątku i zostawić spółki z długami, zaproponujemy szpitalom pomoc. Damy audytorów, pomożemy zdecydować, ile kredytu jest potrzebne, ile można wynegocjować, na jaką kwotę można dostać poręczenie majątkowe, a jaka część długów będzie umorzona.

Nawet w PO nie wszyscy są przekonani, że sprawy idą świetnie. Już wymienia się pani następców: Jerzego Millera, senatora Sidorowicza z PO, a nawet panią Teresę Kamińską, współpracowniczkę Jerzego Buzka.

(śmiech) Ona też? Mogę się tylko uśmiechnąć. Nie tracę czasu nad rozmyślaniem na temat spekulacji.