Reprezentacyjna kamienica przy Alejach Ujazdowskich w centrum Warszawy. Tu właśnie mieści się polski oddział Libertas, ruchu założonego przez Declana Ganleya, który przekonał Irlandczyków do odrzucenia traktatu lizbońskiego. Biuro Libertas to stumetrowe mieszkanie na pierwszym piętrze w kamienicy. Nie ma znaku, że w budynku mieści się kwatera główna ruchu, który ma zagospodarować elektorat skupiony na prawo od PiS. Żadnej tablicy, tabliczki czy kartki na drzwiach.

>>>Wpływowy eurosceptyk był u Dziwisza

Wewnątrz kilka pokoi, biurek i komputerów. Nie ma śladu po ulotkach ani materiałach promocyjnych, których zazwyczaj setki walają się po partyjnych biurach. "Ale może będą za tydzień. Organizujemy się" - mówi młody pracownik biura i odsyła nas na stronę internetową ruchu. " Stamtąd będzie można pobrać materiały" - dodaje.

Tyle że ta jest na razie bardzo uboga. Zawiera opis styczniowych spotkań z Ganleyem, trzy fotografie z wizyty w Polsce oraz informację, że była ona szeroko relacjonowana przez telewizję publiczną. Telewizję, którą rządzi Piotr Farfał, człowiek wysłany tam przez Romana Giertycha.

I właśnie wpływy w TVP okazały się atutem w rozgrywce o poparcie Ganleya. Najbliżej niego są współpracownicy Giertycha z LPR. Szefem polskiego biura Libertas został Daniel Pawłowiec - były wiceszef Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej - z rekomendacji LPR. A o postępach tej partii informuje na swoim blogu Wojciech Wierzejski.

Według naszych rozmówców, w styczniu z Ganleyem miał się spotkać sam Roman Giertych. Dwukrotnie – w Polsce i w Irlandii. Przekonać do swoich ludzi miał go właśnie wpływami w mediach publicznych. – Kiedy będę chciał poinformować o tym, że wracam do polityki, to to uczynię. Teraz nie mam takiego zamiaru – unika odpowiedzi na pytanie o kontakty z Ganleyem Giertych.

>>>Znany eurosceptyk z Irlandii urabia Polaków

Chętnych do współpracy z Ganleyem było wielu. "Wojna prawicowego planktonu idzie na całego. Wybory do Parlamentu Europejskiego to dla nich gra o życie" - mówi były polityk LPR. Nic dziwnego, bo ten irlandzki milioner sugerował, że na powołanie w Polsce ruchu politycznego zamierza wyłożyć kilka milionów euro. Pokonani zostali politycy skupieni wokół Marka Jurka oraz ruch Naprzód Polsko Janusza Dobrosza. "Marszałek się wycofał, kiedy zobaczył, że w polski Libertas angażują się ludzie z LPR i Samoobrony" - mówi mówi Michał Wojutyński, asystent Jurka. Podobnie złudzenia o współpracy z Ganleyem porzucił Dariusz Grabowski z Naprzód Polsko. "Nie wyrzekniemy się ani nazwy, ani podmiotowości tylko po to, by nazwać się Libertas. Dla innych widać tożsamość nie ma znaczenia" - mówi z przekąsem.

Jednak na razie selekcja do Libertas się nie zakończyła. "Nie wybraliśmy jeszcze oficjalnego polskiego partnera w Polsce. Choć otworzyliśmy biuro w Warszawie, to osoby w nim pracujące są zatrudnione jako administratorzy" - mówi nam Anita Kelly, rzeczniczka Libertas.