Niemieckie morskie farmy wiatrowe zamiast generować prąd, generują straty. Branża, która miała być kluczem w rządowym planie przejścia z energetyki nuklearnej na odnawialne źródła, przeżywa poważne kłopoty - firmy rezygnują z kolejnych inwestycji i redukują zatrudnienie.

W najbliższą sobotę odbędzie się oficjalne oddanie do użytku znajdującej się na Morzu Północnym farmy Borkum Riffgat, która jest pierwszą tego typu w pełni prywatną inwestycją. Jednak mimo że jest ona inżynieryjnym osiągnięciem (30 wiatraków znajdujących się 15 kilometrów od brzegu postawiono w zaledwie 14 miesięcy), otwarcie będzie bardzo skromne - z udziału zrezygnowała kanclerz Angela Merkel, zabraknie pewnie też unijnego komisarza ds. energii, Niemca Guenthera Oettingera.

Farma jest gotowa, ale wciąż brakuje podmorskich kabli, którymi po podłączeniu do sieci będzie przesyłana energia. Co więcej, zamiast produkować energię, Borkum Riffgat na razie ją konsumuje - aby wirniki w turbinach nie korodowały w słonej wodzie, trzeba im dostarczać energii wytwarzanej przez silniki Diesla. W efekcie 120 tys. gospodarstw domowych, które miało odbierać tańszy prąd, wciąż się tego nie doczekało, a inwestor - EWE z Oldenburga - ponosi wielomilionowe straty.

Podobne problemy i opóźnienia są także w przypadku dwóch innych inwestycji - budowanej przez RWE na Bałtyku farmy Nordsee Ost i stawianej przez E.ON na Morzu Północnym Amrumbank West. Pierwsza zostanie oddana do użytku najwcześniej w przyszłym roku (ma 15 miesięcy opóźnienia), druga - wiosną 2015 r., czyli dwa lata po planowanym terminie.

Po katastrofie w japońskiej Fukushimie w marcu 2011 r. rząd Angeli Merkel pod presją opinii publicznej zdecydował o zamknięciu do 2022 r. wszystkich 17 elektrowni atomowych, które zapewniają obecnie jedną piątą potrzeb energetycznych kraju. A do 2050 r. 80 proc. zużywanej w Niemczech energii ma pochodzić ze źródeł odnawialnych. Jednym z kluczowych elementów tego przejścia - oprócz energii z paneli słonecznych i naziemnych farm wiatrowych - jest właśnie budowa wiatraków na morzu. Według planu do 2030 r. miało powstać 10 tys. turbin wytwarzających 25 tys. megawatów energii, co zaspokoiłoby 15 proc. potrzeb energetycznych.

Już teraz niemal pewne jest, że te zamierzenia nie zostaną zrealizowane. Przyczyn odwrotu w branży jest kilka. Po pierwsze niemieckie farmy wiatrowe - w odróżnieniu od brytyjskich czy duńskich – stawiane są w znacznej odległości od brzegu, nawet kilkunastu czy kilkudziesięciu kilometrów. Dzieje się tak z powodu większych pływów morskich, a także sprzeciwu wobec budowania wiatraków w pobliżu nadmorskich miejscowości wypoczynkowych. Technicznie ten problem jest do pokonania, ale w ten sposób rosną koszty, a tym samym spada opłacalność inwestycji.

Drugim problemem jest brak stabilnego klimatu inwestycyjnego. W lutym ministrowie gospodarki i środowiska - mając zapewne już na uwadze wrześniowe wybory do Bundestagu - zaproponowali ustalenie maksymalnych cen energii. Choć pomysł nie został na razie zrealizowany, skutecznie odstraszył potencjalnych inwestorów, którzy zaczęli się obawiać, że będą musieli dokładać do interesu. W efekcie firmy - w szczególności tacy giganci, jak RWE czy E.ON - ograniczają wydatki na inwestycje w odnawialną energię. Wreszcie farmom wiatrowym na morzu szkodzą panele słoneczne, które są najdynamiczniej rozwijającym się sektorem zielonej energii w Niemczech. Ich popularność powoduje, że prąd z morskich wiatraków jest mało konkurencyjny.