Dowódcy poprosili o posiłki podczas spotkania z Richardem Holbrookiem, specjalnym wysłannikiem prezydenta Baracka Obamy ds. Afganistanu i Pakistanu, który w weekend odwiedził Kabul. Według nich, z powodu niedoboru sił i środków nie są w stanie sobei poradzić z talibskim powstaniem, które nabiera coraz większej mocy. "Sądzę, że sytuacja jest poważna i co więcej nadal się pogarsza" - mówił w niedzielę przewodniczący kolegium szefów sztabów sił zbrojnych USA admirał Mike Mullen.

Najgorzej jest na wschodzie kraju, gdzie odnoga ruchu talibów dowodzona przez Dżalaludina i Siradżudina Haqqanich mocno nasiliła kampanię ataków wymierzoną w zachodnich żołnierzy. Newralgicznym punktem antytalibskiej operacji jest także wciąż południe kraju, które mimo kolejnych ofensyw Brytyjczyków i Amerykanów pozostaje twierdzą talibów i siedliskiem niepokoju.

Zresztą jak przyznają sami dowódcy NATO sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu nie tylko na granicy z Pakistanem, ale również na relatywnie spokojniejszym zachodzie kraju. Jak ostrzegł włoski generał Rosario Castellano, ponad tysiąckilometrowej granicy z Iranem strzeże jedynie 170 żołnierzy afgańskich. W tej sytuacji skuteczna walka z przemytem opium i heroiny jest niemożliwa.

Dosyłka nowych żołnierzy nie wydaje się jednak wielce prawdopodobna. Jeszcze w niedzielę jeden z amerykańskich senatorów uczestniczących w spotkaniu z Hamidem Karzajem w Kabulu, przestrzegł afgańskiego prezydenta, że USA prędzej, czy później wycofają się spod Hindukuszu. „Cierpliwość Amerykanów w pewnym momencie się wyczerpie" - mówił senator Robert Casey. Jak wynika z sondaży opublikowanych w zeszłym tygodniu przez stację ABC News i „Washington Post” już 51 proc. Amerykanów uważa, że wojna pod Hindukuszem straciła sens. W tej chwili w Afganistanie walczy ok. 101 tys. zagranicznych żołnierzy, w tym 68 tys Amerykanów i 2 tys. Polaków.