Irena Gabinecka prowadzi niepubliczne przedszkole "Promyczek" w Bydgoszczy. Kiedy w ubiegły poniedziałek przed siódmą rano dojechała do pracy, przed budynkiem czekała na nią przeszło setka rodziców. Nie zdziwiło jej to: tamtego dnia rozpoczynały się zapisy na rok szkolny 2010/2011. Rodzice ustawili się w kolejkę dwanaście godzin wcześniej.

Stali tak całą nic z termosami gorącej herbaty, owinięci kocami, bo w Bydgoszczy była wtedy mroźna pogoda. Wytrwałość opłaciła się jedynie 28 pierwszym osobom, których dzieci zostały zapisane do pierwszej grupy.

Kolejne 25 maluchów dostało się na listę rezerwową, a reszta została odprawiona z kwitkiem. "Żal mi ich było bardzo. Zwłaszcza tych, którzy mówili, że staliby i dwie noce, byle tylko zapisać dzieci" - mówi dyrektor Gabinecka.

Miejsc już nie ma

Podobnie jest w całej Polsce. Niepubliczna placówka "Król Maciuś Pierwszy" w Tomaszowie Lubelskim zapisy uruchomiła pod koniec ubiegłego roku. Dziś wszystko jest już zajęte. "Mamy bardzo wielu chętnych aż do 2013 roku" - mówi przedszkolanka Anna Szabat.

Niepubliczne przedszkole Siódme Niebo w Katowicach ma 110 miejsc i ani jednego wolnego na rok 2010/2011. "Zapisy trzeba robić na rok przed datą, kiedy dziecko miałoby zacząć chodzić do przedszkola. Ale są rodzice, którzy myślą o tym już 2 lata wcześniej. W ubiegłym roku odebrałam też 5 telefonów od kobiet w ciąży" - mówi nam dyrektorka Małgorzata Mrozek.

Przedszkole "Robuś" w Starej Miłosnej pod Warszawą już dziś prowadzi zapisy na rok 2011/2012. "Połowa miejsc już dziś jest zajęta. U nas takie zainteresowanie to standard, mamy sporą renomę" - mówi dyrektorka Bogusława Wiśniewska.

>>>Czytaj dalej>>>


Publiczne przedszkole Nr 64 im. Przyjaciół Kubusia Puchatka w Warszawie prowadzi zapisy przez internet. System jeszcze nie ruszył, a mimo to dyrekcja codziennie odbiera telefony od zainteresowanych rodziców. "Proszą, błagają, przekonują jak bardzo im zależy, a czasem powołują się na przeróżne znajomości. Zdarzyła się nawet prośba o zapisanie półrocznego dziecka" - opowiada wicedyrektorka Ewa Chacińska. Jej placówka mieści się na warszawskiej Białołęce, gdzie mieszka dużo młodych ludzi, a przedszkoli jest jak na lekarstwo. "Chętnych ogrom: osiedle cały czas się rozrasta, a miejsc nie przybywa. U nas grupy liczą już 29 dzieci, zamiast przepisowych 25" - mówi Chacińska.

Jeden żłobek w mieście

Jeszcze uboższa jest niestety oferta żłobków. Kiedy Małgorzata Dzikowska z Warszawy chciała, zapisać do żłobka 5-miesięczną córkę, przeżyła szok.

"W listopadzie usłyszałam, że nie ma szans, by Marianka trafiła do placówki od lutego. Wpisano nas na listę rezerwową, córka jest na 400 miejscu" - mówi matka.

W warszawskim żłobku nr 5 jest podobnie. "Nie ma szans na dostanie się. Ani teraz ani we wrześniu" - usłyszeliśmy w sekretariacie.

Są w Polsce miasta, takie jak np. Częstochowa, w których działa tylko... jeden żłobek. W Ustce jeszcze kilka lat temu były trzy takie placówki, ale dwie zostały zlikwidowane. W jedynej, która pozostała, od września zwolni się 30 miejsc. "Ale już teraz mamy prawie trzykrotnie więcej zgłoszeń" - mówi opiekunka Gabriela Arcysewicz. I opowiada, że regularnie odbiera telefony od zdesperowanych rodziców, którzy błagają, by zapisać ich dziecko na kilka lat do przodu. "Ale nam nie wolno przecież robić czegoś takiego" - dodaje Arcysewicz.

>>>Czytaj dalej>>>


Dziecko albo praca

Mają Kokoszka z Forum Rodziców twierdzi, że zna kobiety, które zrezygnowały z pracy, gdyż nie miały jak zorganizować opieki nad dzieckiem. "Nie mogły znaleźć miejsca w żłobku, a nie było ich stać na wynajęcie opiekunki" - tłumaczy. Inni eksperci zwracają uwagę, że wiele Polek nie decyduje się na potomstwo właśnie w obawie, że nie będzie w stanie połączyć pracy zawodowej z wychowywaniem dzieci.

Problem jest poważny, bo Polska ma jeden z najniższych wskaźników dzietności w Unii Europejskiej. "To już naprawdę ostatni moment na podjęcie przez rząd realnych kroków, które ułatwią Polakom decyzję o posiadaniu potomstwa" - ostrzega prof. Irena Kotowska, demograf z SGH.

Tymczasem takich ułatwień jest jak na lekarstwo. Prawo dotyczące tworzenia żłobków jest przestarzałe i wymaga spełnienia mnóstwa bardzo restrykcyjnych warunków. Konieczne jest np. posiadanie pomieszczenia, które odpowiadałyby surowym wymogom sanitarnym. Maluchy muszą mieć też możliwość wyjścia na teren przyległy do żłobka, niedostępny dla osób postronnych i wyposażony w urządzenia do zabawy. Kierownik żłobka powinien mieć wykształcenie wyższe pielęgniarskie i co najmniej 3-letni staż pracy w zawodzie.

Kolejne rządy obiecują zliberalizowanie tych przepisów. Prace nad ustawą rozpoczęła jeszcze Joanna Kluzik-Rostkowska, minister pracy w rządzie PiS. Trwają one do dziś, a ustawa nie trafiła jeszcze nawet do sejmowej komisji polityki społecznej.

"Jestem jednak przekonana, że ministerstwo pracy szybko przedstawi projekt, a wtedy my postaramy się jak najszybciej przeprowadzić go przez Sejm" - mówi Magdalena Kochan, wiceszefowa klubu parlamentarnego PO odpowiedzialna za sprawy społeczne. Posłanka nie chce jednak wymienić nawet orientacyjnego terminu, kiedy zmienione przepisy mogłyby wejść w życie. "Ale zapewniam, że sprawa to dla nas priorytet" - mówi Kochan.

>>>Czytaj dalej>>>


Klara Klinger: Dlaczego w Polsce jest tak mało żłobków i przedszkoli?

Monika Rościszewska--Woźniak*: Bo założenie żłobka w Polsce graniczy z cudem. To tak jakby się chciało otworzyć małą przychodnię, bo żłobek podlega ministerstwu zdrowia. A pieniędzy na zakładanie publicznych placówek nie ma. Efekt jest taki, że na terenach wiejskich do żłobków chodzi zaledwie... 14 dzieci! A w całej Polsce około dwóch procent dzieci. Nic się nie zmieni, dopóki ustawa, nad którą prace trwają od lat, nie zostanie w końcu przyjęta. Z przedszkolami też nie jest najlepiej. 40 proc. polskich dzieci nie ma do nich dostępu, a aż 70 proc. wiejskich dzieci nie ma szans na przedszkole.

Może nie ma wcale potrzeby, by wszystkie dzieci chodziły do przedszkola?

Oczywiście, że jest! Polscy rodzice często stają przed dramatycznymwyborem: pracować i wydawać całą pensję na niewykwalifikowaną opiekunkę, czy zostać w domu z dzieckiem. Wiele osób przerywa pracę lub koczuje przed żłobkiem czy przedszkolem żeby zapisać dziecko. I Jeszcze jedna sprawa: brak żłobków i przedszkoli wyrządza ogromną krzywdę najmłodszym. Bo te placówki to dla wielu dzieci szansa na wyrównanie startu edukacyjnego. Szczególnie dotyczy dzieci ze wsi czy z rodzin zagrożonych wykluczeniem społecznym.

Jak więc zmienić tę fatalną sytuację?

Oprócz zmiany prawa, warto też zmienić sposób myślenia o problemie. Oczywiście potrzebne są pieniądze, ale nie tylko. Nie trzeba bowiem koniecznie od razu budować molochu za 10 milionów złotych dla setki dzieci. Trzeba myśleć o różnych formach opieki nad najmłodszymi dostosowanych do potrzeb. Na przykład w Finlandii często tworzy się małe grupy, gdzie są dzieci w wieku od półtora roku do 5 lat. Otwiera się małe kluby albo powierza się dziecko wykwalifikowanej osobie mieszkającej w pobliżu, która ma pod opieką kilkoro innych maluchów.

Dzięki takimrozwiązaniom w większości starych krajach unijnych kobiety nie mają problemów z powrotem do pracy. Tymczasem u nas rozbudowuje się osiedla, ale nikt nie myśli zawczasu, żeby zabezpieczyć miejsca edukacji małych dzieci. Diagnoza zapotrzebowania na żłobki i przedszkola powinna poprzedzać decyzje budowlane.

Problem jest palący, bo w Polsce mamy problem z demografią.

Jeżeli nie będzie ułatwień dla rodziców, by mogli łączyć rodzicielstwo z pracą, wykształcone kobiety nie zdecydują się na więcej niż jedno dziecko. Muszą mieć pewność, że znajdą miejsce, które zaopiekuje się dzieckiem i zadba o jego edukację, gdy one zechcą wrócić do pracy.

*Monika Rościszewska - Woźniak z Fundacji Rozwoju Dzieci im. J.A.Komeńskiego