Dziennik.plKraj

Poniedziałek, 28 maja 2012

Imieniny: Augustyna, Jaromira, Wilhelma

Koniec z kotami, dziadkami i falą

2009-06-27 | Ostatnia aktualizacja: 11:21 | Komentarze: 0 | skomentuj
Ostatnia grupa rezerwy idzie do cywila

Ostatnia grupa rezerwy idzie do cywila Fot. MAKSYMILIAN RIGAMONTI / Inne

Koniec z błąkającymi się po miastach grupami nietrzeźwych rezerwistów. Koniec z robieniem pompek na ulicach, barwnymi chustami z pomponami i śpiewem, jak to niejedna panna płakała. Koniec z wojskową falą i podziałem na koty i dziadków. Po 90 latach polska armia na dobre żegna się z poborowymi. Zastąpią ich zawodowcy.

Pogoda

POLSKA

Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 2°C max. 23°C
opady: niewielkie opady

Twoje miasto:

Program TV

Sprawdź program swojej ulubionej stacji:

W połowie lat 90. obrazki przepełnionych wagonów drugiej klasy z upitymi niemal do nieprzytomności żołnierzami opuszczającymi koszary były tradycją. Przemierzający Polskę młodzi mężczyźni siali popłoch wśród zwykłych pasażerów. Terroryzowali konduktorów. Cieszyli się jedynie sprzedawcy piwa, którzy szybkim krokiem z pełną torbą browara przemierzali składy PKP na co większych stacjach. "Piwo jasne, piwo jasne" - na ten komunikat rezerwa niemal zawsze reagowała z entuzjazmem. A sprzedawca zgarniał po drodze okrągłą sumkę. Teraz to już historia. Armia się profesjonalizuje. Nie ma już poborowych. Nikt już nie mówi o niej "syf". Rezerwa na dobre odeszła do cywila.

W 1919 roku, kiedy po raz pierwszy przeprowadzono powszechny nabór, do służby na dwa lata wcielono niemal 200 tys. żołnierzy. Ówczesne dowództwo nie miało problemu ze ściąganiem do koszar młodych chłopaków. Jak wyjaśnia historyk Andrzej Ajnenkiel, dla wielu Polaków żyjących w dwudziestoleciu międzywojennym wojsko było szansą na awans społeczny. "Chętnie wstępowała do niej chłopska młodzież i mniej zamożni robotnicy. Dostawali eleganckie mundury, buty i wyżywienie. To w tamtych czasach było coś" - mówi Ajnenkiel.

Powojenne pobory były inne. Pierwszy z 1944 roku organizowało już Ludowe Wojsko Polskie. Przez dziesięciolecia służba w nim była jednym z filarów PRL-owskiej propagandy. I najsłabszym, bo młodzi już tak bardzo jak przed wojną do armii się nie garnęli. Zniechęcała ich zaprowadzona wzorem radzieckiej armii surowa dyscyplina i legendarna brutalna fala, czyli nieformalna hierarchia panującą wśród żołnierzy. "Jej mechanizm był prosty: starsi żołnierze, którzy odsłużyli większą część służby, mieli trzymać w ryzach i zagospodarowywać czas młodszym rocznikom" - wyjaśnia socjolog Robert Wyszyński. "Jednak z biegiem lat sytuacja pogarszała się. Przełożeni przymykali oko na wiele zachowań, które mogły uchodzić za znęcanie się. Zasada była prosta: byle w koszarach panował spokój" - dodaje. Socjolog Mariusz Jędrzejko w swojej książce "Koty, wicki i rezerwa: zwyczaje, obrzędy i język fali" szczegółowo charakteryzuje podział na grupy w armii.

Jak poznać dziadka

"Dawniej żołnierza nie trzeba było nawet pytać, do której grupy należy. Widać było to już po sposobie noszenia munduru" - twierdzi Jędrzejko. Stygmatem był między innymi pas od spodni. Im niżej wisiała jego końcówka, tym dłuższym stażem w wojsku mógł pochwalić się poborowy. Koty zapinały mundur aż po ostatni guzik, z kolei dziadki mieli prawo nie dopinać się, a nawet co niektórzy specjalnie odrywali część skrzydełek z orzełka na czapce.

"Koty to poborowi z najmniejszym stażem w wojsku. To oni wykonywali polecenia, wręcz służyli i wyręczali w obowiązkach dziadków" - mówi Jędrzejko. Kotem zostawało się po przekroczeniu bram jednostki. Na kolejny szczebel hierarchii - wicków - awansowało się po pół roku służby. Po kolejnym półroczu zostawało się już dziadkiem. W niektórych jednostkach funkcjonowały jeszcze inne grupy - cywile (żołnierze, którym zostało 50 dni i mniej do wyjścia do cywila) i pany (ci, którzy opuszczali koszary za mniej niż 12 dni). Rządzili jednak dziadkowie. Mogli "rzucić cyfrą" - czyli chwalić się perspektywą szybkiego wyjścia do cywila. Jak mieli dostęp do alkoholu, pili. Jak chcieli się powyżywać na kotach, proszę bardzo. Jedną z popularnych zabaw była tzw. szafa grająca. Dziadki zamykały "młodego" w metalowej szafie i kopali w nią, aż ten na pewien czas tracił słuch. Inna zabawa to taksówka. Stare wojsko mogło w każdej chwili zawezwać młodego, później wsiąść mu na plecy i dać się podwieźć. Np. do WC. Bardziej brutalne były pompki na suficie - czyli podrzucanie kota do góry, aż ten o niego zaczął uderzać. Ta metoda była jednak zarezerwowana dla najbardziej wytrawnych. Trzeba było wiedzieć, jak wypompować młodego. Przegięcie nawet za komuny groziło prokuratorem.

Łukasz Antkiewicz
Źródło: dziennik.pl
12następna »

Uwaga, Twój komentarz może pojawić się z opóźnieniem do 10 minut.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Polecane galerie:

Wiadomości z Kraju

    «