"Nikt nie pomógł walczącym o życie ludziom" - opowiada Robert Januszewski, który jechał pociągiem.

Robert siedział w jednym z pierwszych wagonów. "Gdy przejechaliśmy Chociwel, nagle przybiegła młoda dziewczyna i krzyknęła do maszynisty, że pociąg się pali" - wspomina Robert. "Wyjrzałem przez okno. Z tyłu widać było języki ognia i czarny dym" - opowiada "Faktowi". Dopiero po paru minutach konduktor zaczął wypuszczać ludzi. Ludzie krzyczeli, dzieci płakały. "Konduktorzy i obsługa stali i patrzyli, jak płonie ich pociąg. A ludzie nie wiedzieli, co robić. Ktoś spytał o to konduktora. A skąd ja mam wiedzieć - bąknął" - denerwuje się Robert.

Pasażerowie musieli przejść ponad kilometr do pobliskiej drogi. Dopiero tam mieszkańcy wioski przynieśli im wodę. Na pociąg ratunkowy czekali prawie cztery godziny! "Czuję się oszukany przez PKP, które twierdzi, że pociągi są bezpieczne" - mówi "Faktowi" Januszewski. I zapowiada, że do końca życia zatrzyma bilet jako przestrogę.