Najbardziej aktywni protestujący to Skandynawowie (oprócz Finów). Na przeciwnym biegunie znajdują się Europa Środkowo-Wschodnia i kraje śródziemnomorskie (z wyłączeniem Hiszpanii, której aktywność obywatelską można tłumaczyć z jednej strony historycznie – silne zaangażowanie polityczne sięga tam jeszcze czasów wojny domowej z lat 30., z drugiej bardzo odczuwalnym kryzysem, który w ostatnich latach dotknął Półwysep Iberyjski). Na skali liczby protestów gdzieś pośrodku są Niemcy.

Dlaczego? – To kraj korporacyjny, gdzie ważne decyzje dotyczące wielu ludzi podejmuje się w trójkącie: pracodawcy, związki zawodowe, państwo. Zwykli ludzie mogą mieć poczucie, że mają wpływ na to, co się dzieje – przypuszcza Henryk Domański, profesor socjologii z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. Pewną regułą jest to, że protesty są większe w krajach, gdzie rozwarstwienie majątkowe określane m.in. współczynnikiem Giniego jest mniejsze. To łączy się z tym, że tam więcej ludzi wierzy, że coś może. Tak jest np. w Szwecji. Z kolei w Rosji, gdzie wskaźnik ten jest prawie dwa razy większy, upraszczając nieco obraz, można powiedzieć, że możni nie mają powodów, by protestować, a niezamożni wiedzą, że to i tak nic nie da. Polska jak zwykle leży gdzieś pośrodku.

Cały tekst Macieja Miłosza czytaj w elektronicznym wydaniu Magazynu "DGP" >>>