GRZEGORZ RZECZKOWSKI: Czy podczas lotów śmigłowcem Mi-2 kiedykolwiek zdarzyła się panu awaria?
KONRAD BORA*: Nigdy. Mimo swojego wieku to maszyna naprawdę bezpieczna i mało awaryjna.

Eksperci badający przyczyny katastrofy śmigłowca pod Legnicą wciąż jednak biorą awarię pod uwagę.
Nie wierzę, by ten helikopter rozbił się z powodu usterki. Maszyny, na których latamy, są pod ciągłym nadzorem technicznym. Naprawdę nie ma się co przyczepiać do ich sprawności.

Ale rozbity śmigłowiec miał 34 lata i prawie 5,5 tys. godzin spędzonych w powietrzu.
To bez znaczenia. Tyle lat w tym śmigłowcu miała jedynie tabliczka znamionowa. Wszystko inne albo zostało wymienione, i to wielokrotnie, albo poddane kapitalnemu remontowi. Poza tym śmigłowiec nie był wcale tak bardzo wyeksploatowany. Mi-2 złomuje się dopiero po wylataniu przez nie około 9 tys. godzin. Mógł więc jeszcze polatać dość długo. Oczywiście te śmigłowce to przestarzała konstrukcja. Od współcześnie produkowanych maszyn dzieli je technologiczna przepaść.

A konkretnie?
Piętą achillesową są na pewno słabe silniki, dwa razy słabsze od eurocopterów, na które niebawem się przesiądziemy. W Mi-2 w razie usterki jednego z silników na drugim nie da się lecieć. Można jedynie lądować. Poza tym Mi-2 nie mogą latać w nocy.

Czy pod jakimkolwiek względem Mi-2 przewyższają eurocoptery?
Są gorsze właściwie pod każdym względem. Francusko-niemiecka maszyna może latać w nocy, przy minimalnej widoczności i ma taki nadmiar mocy, że w razie wyłączenia jednego z silników może spokojnie kontynuować lot. A do tego Eurocopter ma mniejszą o pięć metrów średnicę wirnika, która pozwala lądować w trudnym terenie, np. przy ciasnej zabudowie.

*Konrad Bora, pilot śmigłowców z 24-letnim doświadczeniem, kierownik filii Lotniczego Pogotowia Ratunkowego w Poznaniu