Anna Religa: Mąż nie był walczącym ateistą

2009-05-30 13:00 | Aktualizacja: 19:37

Przy obecnej filozofii nieustannej młodości wizja śmierci jest odpychana jak najdalej. Ludzie strasznie uciekają od tej myśli - mówi DZIENNIKOWI żona prof. Zbgniewa Religi, Anna. Od śmierci wybitnego kardiochirurga minęły prawie trzy miesiące.



Amelia Łukasiak: 2 lata temu, 30 maja 2007 pan profesor Zbigniew Religa ujawnił publicznie, że ma nowotwór złośliwy płuca.
Anna Religa: Dziś wydaje mi się, że było to dawno, bardzo dawno. Może dlatego, że tak bardzo dokładnie, z bliska ten czas przeżywałam. Po wykryciu choroby mąż wprawdzie nie przerwał pracy, ale od tego momentu zaczęliśmy intensywniej spędzać razem czas i planować wiele rzeczy, na które normalnie byśmy poświęcili 2, 3, 5 lat.

Gdy mąż powiedział o chorobie, zareagowała pani jak lekarz czy jak żona, której świat się zawalił?
Na pewno nie jak lekarz, ponieważ od dawna nie pracuję z pacjentami. Jestem pracownikiem naukowym i z onkologią nie mam nic wspólnego. Wiedziałam tyle, ile przeciętny człowiek. Byłam przerażona. Cały czas była mowa, że musi zrobić badania, ale twierdził, że dobrze się czuje, więc ciągle wypadało coś ważniejszego. Ponieważ asystentka go umówiła, to w końcu poszedł. Po badaniach zadzwonił, że spotkamy się na obiedzie w restauracji.

To nie był pierwszy nowotwór. 6 lat wcześniej u pana profesora wykryto zmianę nowotworową pęcherza moczowego.
Jedno z drugim nie miało nic wspólnego. Byliśmy akurat na Wyspach Zielonego Przylądka, kiedy mąż stwierdził, że coś się dzieje. Po powrocie przeszedł kilka zabiegów, co trzy miesiące jeździł na kontrolę. Ten nowotwór pęcherza został opanowany i w trakcie drugiej choroby siedział cicho, nie uaktywnił się.

Pamięta pani, jak mąż zareagował, kiedy dwaj znani dziennikarze Marcin Pawłowski i Kamil Durczok pokazali się na wizji po chemioterapii?
W ogóle nie zwrócił na to uwagi. Dla niego to było zupełnie normalne, że człowiek zachorował, zaczął się leczyć, wyleczył się i wrócił do pracy. Taki problem miał nasz sąsiad ze wsi pod Wyszkowem, gdzie mamy działkę. Wiele lat wcześniej przeszedł operację na nowotwór. Większość lekarzy nie chciała go dopuścić do pracy, uznając, że to bardzo ciężka choroba. Wtedy mąż wydał mu zaświadczenie, że może wrócić do pracy. Takie miał podejście. Niezależnie od tego, czy to prezydent, prezenter, czy zwykły robotnik, jeśli czuje się na siłach, powinien móc żyć normalnie.

Pan profesor palił od 14. roku życia i zdawał sobie sprawę, że jest w grupie ryzyka. Nie chciał czy nie mógł przestać palić?
Ludziom starszym znacznie trudniej rzucić palenie. Nałóg jest bardzo silny, kiedy pali się przez ponad 50 lat. Po pierwszej operacji wycięcia guza płuca przestał palić, wrócił, kiedy jego stan zdrowia zaczął się już poważnie pogarszać.

Pan profesor publicznie przyznał, że na przełomie lat 70. i 80. nadużywał również alkoholu...
Palenie i picie niewątpliwie pomagały odreagować mu stres. Ale musimy wziąć poprawkę na czasy, w których żyliśmy. Ilość alkoholu, jaką dostawali w owym czasie lekarze, była niesamowita. Jeśli ten alkohol stoi i jest się zestresowanym, to wypije się jeden, drugi kieliszek. Życie towarzyskie było inne niż obecnie, bardziej zamknięte, w domach. Wystarczy spojrzeć na statystyki, ile i co się wtedy piło, a ile i co obecnie. W każdym razie sprawa alkoholu nie stwarzała problemów domowych.

Pan profesor lubił też szybką jazdę samochodem.
Tak, jeździł szybko, ale tylko kiedy musiał dojechać na czas na operację do Zabrza. Miał jednak zasadę, że nie przekraczał prędkości w miejscowościach między Częstochową a Siewierzem. Resztę drogi jechał szybko i to sprawiało mu przyjemność. Ja coraz bardziej go rozumiem. Teraz sama jeżdżę autem na działkę pod Wyszkowem. Za kółkiem odpoczywam, skupiam się na celu. Kiedyś rzadko przekraczałam 110 km. Teraz łapię się na tym, że jadę 140. Mąż zachował w swoich papierach rysunek samochodu, który wykonał dla niego 12-letni chłopiec. To miał być samochód męża i tego chłopca. Miał bardzo ciężką wadę serca i tyle lat, ile nasz syn. Nie udało się go uratować. To było przeżycie, które bardzo długo tkwiło w mężu. Przeglądając papiery, natknęłam się na ten rysunek. Mąż go wciąż przechowywał.

Utrzymywał kontakty z pacjentami, którym wstawił nowe serce?
Nie. Za to na święta i imieniny przychodzą kartki i listy od pacjentów. Zawsze wiedział, od kogo jest kartka. Zdarzało się, że ludzie prosili o radę. Wtedy odpisywał. Teraz listy przychodzą do mnie z propozycjami pomocy i wsparcia. To bardzo miłe.

Byliście państwo małżeństwem przez 47 lat. Ale gdyby tak dobrze policzyć, to więcej czasu spędziliście osobno niż razem.
Gdyby policzyć ze stoperem w ręku, to okazałoby się, że razem spędziliśmy nie więcej niż 10 - 15 lat. Najwięcej czasu od 1999 r., kiedy mąż na stałe wrócił do Warszawy. W poprzednich latach się mijaliśmy.

Mąż uważał, że pani jest od niego zdolniejsza, i sądził, że to pani zrobi większą karierę.
Żeby zrobić karierę, trzeba mieć motywację, zapał i siłę charakteru. Sama wiedza nie wystarczy. Najlepszym przykładem jest mój kolega w pracy. Ma największą wiedzę z nas wszystkich, potrafi ją cudownie przekazać, pracuje już ok. 20 lat, ale do tej pory nie zrobił doktoratu. Nie ma na tyle energii, aby opracować wyniki badań i je opisać.

Jednak to pani pierwsza dostała stypendium w Stanach Zjednoczonych.
To prawda. Wyjechałam na stypendium kilka miesięcy przed mężem, ale to nie miało większego znaczenia. Kiedy wróciłam ze Stanów do Polski we wczesnych latach 70., naukowcy mieli jeszcze pewne możliwości, były pieniądze, szanse na udział w konferencjach międzynarodowych, dostęp do nowoczesnej aparatury. W latach 80. zaczął się już krach finansowy. Wydatki na naukę zostały drastycznie obcięte. Zdałam sobie sprawę, że to, co mogę robić, to są rzeczy drobne, przyczynkowe i okupione tak dużym wysiłkiem zdobycia pieniędzy i aparatury, że po prostu przestało mi się chcieć walczyć. Coraz bardziej zaczęłam się wycofywać, zajęłam się na uczelni dydaktyką.

Dom i wychowanie dzieci były na pani głowie? Mąż niemal cały swój czas poświęcał pacjentom.
Tak, może dlatego nasze dzieci są spaczone psychicznie. Napatrzyły się, jak funkcjonuje dom, a najważniejsze w nim było to, co dzieje się w szpitalu. Ważniejszych spraw nie było. No i dziś zarówno syn, jak i córka myślą tylko o pracy.

Syn poszedł w ślady ojca, jest kardiochirurgiem.
Tak. I dokładnie tak samo postępuje. Niejednokrotnie całymi tygodniami siedzi w szpitalu, prawie z niego nie wychodząc. Tym może różni się od swojego ojca, że nie ma takiego pędu do osiągania stopni naukowych i odkrywania nowych rozwiązań. Zrobił doktorat, ale czy zawalczy o habilitację, tego nie wiem. Córka została sinologiem, kierownikiem zakładu na Uniwersytecie Warszawskim. Poza tym tłumaczy.

Miała pani żal do męża, że nie pomógł synowi w dostaniu się na medycynę? Zabrakło mu paru punktów.
Mąż był wtedy na dłuższym wyjeździe w Anglii. Poprosiłam go, aby zadzwonił do rektora Akademii Medycznej. Odmówił. Nie miałam głębokiego żalu. Nie to nie. Potem wszyscy byliśmy z tego zadowoleni. Syn poszedł do szpitala, pracował jako sanitariusz na chirurgii w szpitalu im. Orłowskiego w Warszawie. Pieniądze, które zarabiał, przeznaczył na korepetycje. Za drugim razem dostał się bez problemu.

Nie tylko mąż i syn, ale również pani brat jest kardiochirurgiem.
Tak, inwazyjnym, czyli przepycha tętnice wieńcowe, zakłada stendy. Od lat mieszka i pracuje w Stanach Zjednoczonych. Lekarzami byli również mój ojciec i stryj.

Nigdy nie myśleliście z mężem, aby pozostać za granicą? Oboje mielibyście lepsze warunki dla rozwoju kariery.
W Nowym Jorku i Bostonie robiłam badania nowych leków, proponowano mi, żebym została. Wolałam wrócić. Nigdy nie mieliśmy wielkich oczekiwań finansowych.

Jednak kiedy pan profesor był już poważnie chory, wybraliście się w podróż sentymentalną do Stanów Zjednoczonych.
Najpierw pojechaliśmy do Atlantic City. Pamiętaliśmy to miasto sprzed wielu lat jako centrum wypoczynkowo-kongresowe, gdzie spędziliśmy parę dni wakacji. Mąż zapowiadał, że będzie chodził do kasyna. Ostatecznie poszedł raz i wygrał 700 dolarów. Na więcej nie miał już siły, zaczął źle się czuć. Zostaliśmy tam 6 dni. Chciałam już wracać do Polski, ale on uparł się jeszcze, by pojechać do Detroit. No to wynajęliśmy samochód i ruszyliśmy.

Kto prowadził?
Prowadziliśmy na zmianę. Mieliśmy do pokonania około 800 mil. Wyjechaliśmy o 9 rano i byliśmy o 9 wieczorem. Brat miał zarezerwować domki nad jeziorem, aby wspólnie połowić ryby. Nic z tego nie wyszło, bo na miejscu mąż poczuł się bardzo źle, praktycznie nie wstawał z łóżka. Po dwóch dniach wróciliśmy do Polski, profesor Roszkowski ustawił leki i stan zdrowia bardzo się poprawił.

Pani też wędkuje?
Nie, raczej siadałam przy mężu, czytałam książkę, rozmawiałam z kotami. One zawsze się kręcą przy wędkarzach, ja za to mam dla nich puszki i karmę. I one to wiedzą. Nigdy nie zabijał ryb, które złowił, zawsze je wypuszczał. Wędkarstwo to był wyłącznie sport. Ryby jedliśmy na święta dwa razy w roku: karpia i faszerowanego szczupaka. Mąż za to bardzo lubił golonkę. Ale jadł ją głównie w restauracjach, bo nie umiem robić pieczonej, tylko gotowaną.

Czy to prawda, że od 18. roku życia Zbigniew Religa nie chodził do fryzjera, bo pani go strzygła?
Po naświetlaniach i chemii już sobie nie dawałam rady. Kilka razy chodził do małego zakładu fryzjerskiego, z którego ja też korzystam. Wcześniej strzygłam go zawsze sama. Raz lepiej, raz gorzej. Gdy miał gęste włosy, nie było widać niedoróbek. Potem było trudniej. Ale mąż nie był wymagający, więc nie było problemu.

Chodziła pani z mężem na mecze?
Chodziłam na Górnika.

Wybierze się pani jeszcze, bo jedno z krzesełek na stadionie w Zabrzu nosi imię pana profesora?
Niedawno syn był z wnukiem na meczu i Maciek siedział na tym krzesełku. Górnik wygrał. Mąż był zżyty z wnukiem. We wrześniu skończy 16 lat, nie jest już dzieckiem. W przeddzień śmierci był u nas w domu. Niewiele już ze sobą rozmawiali. Maciek był przygotowany, zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje.

Pani nie była przygotowana na najgorsze.
Inaczej jest, kiedy ten ostatni okres chory spędza w szpitalu. Natomiast w domu wszystko rozwija się stopniowo i nie zauważa się tego systematycznego pogarszania stanu zdrowia.

Czy jest dla pani jakimś pocieszeniem, że mąż wielu osobom uratował życie i oni się wciąż nim cieszą?
Przepraszam, ale nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. W momencie kiedy kogoś się traci, to reszta przestaje być ważna. To było kiedyś ważne, może jeszcze kiedyś będzie. W tej chwili nie jest.

Czy mąż starał się panią przygotować do życia wtedy, kiedy go już zabraknie?
My na ten temat nigdy nie rozmawialiśmy. Nigdy nie rozważałam, że jego nie będzie. Dziś staram się żyć tak jak przedtem. Ważna jest dla mnie jakaś ciągłość. Córka jeszcze ze mną mieszka, ale myślę, że niebawem będzie chciała wrócić do siebie. Tutaj jest jej niewygodnie. Ja niewiele zmieniłam, ona nawet nie ma miejsca na swoje ubrania, papiery, kosmetyki.

Czy w trakcie choroby męża coś szczególnie panią zaskoczyło, zabolało, a może rozzłościło?
Kiedy mąż był po jednej z operacji, zadzwoniła do mnie dziennikarka z pytaniem, co bym poradziła pani Krystynie Jandzie, ponieważ jej mąż właśnie umiera. Zaskoczył mnie taki pomysł. Dwie zupełnie obce sobie osoby - znam panią Jandę tylko jako aktorkę - miałyby sobie coś radzić? Powiedziałam, że gdybym nawet ją znała i miała radzić, to zrobiłabym to bez pośrednictwa prasy. Czy można sobie coś nawzajem poradzić w takiej sytuacji? Chyba nie. Można tylko posłuchać, nic poza tym. Człowiek musi sam to przeżyć i na nowo wszystko sobie poukładać.

Ks. bp Sławoj Leszek Głódź - dobry znajomy pana profesora - uważa, że "profesor był do śmierci przygotowany, dojrzał do niej".
Każdy jest i nie jest przygotowany do niej. Szczególnie gdy się jest lekarzem i bardzo często styka ze śmiercią. Każdy z nas musi zdawać sobie sprawę, że to, co się zaczęło, musi się też skończyć. Przy obecnej filozofii nieustannej młodości wizja śmierci jest odpychana jak najdalej. Ludzie strasznie uciekają od tej myśli.

Pogrzeb odbył się 13, w piątek. Pan profesor nie lubił piątków. Choć nie był przesądny, to w piątek 13 nie operował.
Pogrzeb był zaplanowany na czwartek. W trakcie załatwiania formalności zadzwonił do mnie doradca Lecha Kaczyńskiego. Powiedział, że dzwoni w jego imieniu i że pan prezydent koniecznie chce uczestniczyć w pogrzebie. W czwartek ma ważne uroczystości związane z NATO. Przełożyliśmy na piątek.

Pan profesor chciał bardzo cichego pogrzebu. Przyszły tysiące ludzi.
Jemu zależało przede wszystkim na tym, aby nie przemawiali ludzie, co do których wiedział, że nie będą mówić szczerze. Ci, którzy zabierali głos, robili to szczerze. Mąż w ostatnim okresie miał duży szacunek do pana Jarosława Kaczyńskiego i sympatię oraz szacunek do pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Do tych dwóch osób na pewno nie miałby zastrzeżeń. Co do wójta gminy Wiskitki pod Żyrardowem, w której się urodził i spędził pierwsze lata życia - też w porządku. Przemawiała jeszcze pani prezydent Zabrza, jeden z jego uczniów i marszałek Sejmu Bronisław Komorowski. Żadnej z tych osób nie byłby przeciwny.

Profesor miał - tak jak sobie życzył - świecki pogrzeb, ale kiedy żołnierze ściągnęli z trumny flagę państwową, na wieku ukazał się krzyż.
Tak. Wszystkie trumny były wyposażone albo w krzyże, albo w pasyjki. Można było zażądać zdjęcia, ale czy był sens? Mąż nie był walczącym ateistą. Krzyż jest symbolem cierpienia.

Pochodzi pani z religijnej rodziny?
Tak. Dziadek był organistą i kościelnym w Siedlcach w parafii św. Stanisława, jeden z jego synów też został księdzem. Jego stryjeczny brat również. Ks. Karol Leonard Waszczuk był proboszczem parafii w Drelowie na Lubelszczyźnie. W 1942 roku zginął w obozie koncentracyjnym w Dachau.

Po śmierci pana profesora bardzo wiele osób powtarzało zdanie: ateista, który poszedł do nieba. To trafne określenie?
Coś bardzo podobnego powiedziałam jednemu z zaprzyjaźnionych księży. On ubolewał jednak, że mąż należał do osób niewierzących. Zacytowałam mu Biblię: nie po słowach, ale po czynach go poznacie. Od tego czasu mam spokój na ten temat. W księdze kondolencyjnej znalazłam tylko jedną negatywną opinię. Przejrzałam 27 tys. wpisów.

Można się spodziewać, że imieniem profesora Zbigniewa Religi będą teraz nazywane szkoły i ulice. Będzie pani popierała te inicjatywy?
Jedna szkoła już jest, obchodzi właśnie 10-lecie. Jestem zadowolona, że Fundacja Rozwoju Kardiochirurgii została nazwana imieniem Zbigniewa Religi. Co do innych inicjatyw... Jeśli będzie to ulica w Zabrzu - bo takie są plany - to myślę, że dobrze. Była mowa o nazwaniu sali w sejmie. Nadadzą - dobrze, nie nadadzą - drugie dobrze. Na razie cisza. Sprzeciwię się, jeśli nazwisko Religa będzie wywoływało jakiekolwiek kontrowersje.

Gdy na krótko przed śmiercią pan profesor odbierał z rąk prezydenta Lecha Kaczyńskiego Order Orła Białego, powiedział, że dwie rzeczy udały mu się w życiu na pewno: żona i Zabrze. Pani była dla niego na pierwszym miejscu.
Chyba w sumie się udało. To widać dopiero wtedy, gdy popatrzy się na całość. W normalnym, codziennym życiu są różne sytuacje. Ludzie obrażają się na siebie, kłócą się. Patrząc z perspektywy na całość, szczególnie na okresy trudne i nieprzyjemne, można ocenić, czy się udało, czy nie. Wydaje mi się, że nam się w sumie udało. Poza jednym, że w pewnym momencie się przerwało...





Źródło: dziennik.pl
Podziel się:
Znajdź Dziennik.pl na:FBgoogle plusetwitter
Wypowiedzi: 1
  • ~nikifor2011-05-22 14:15

    Pamiętam wywiad redaktora Tomasza Lisa,z profesorem Religą,na krótko,przed Swoim odejśćiem.co mi utkwiło w pamięći,na pytanie redaktora Lisa-co jest najważniejsze w żyćiu,profesor Religa odpowiedżiał -może cytuje niedokładnie ...Najważniejszym w żyćiu jest to ,aby,nie zrobić drugiemu człowiekowi krzywdy,i chyba Mi śię to udało.


Uwaga, Twój komentarz może pojawić się z opóźnieniem do 10 minut.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!
Prognoza pogody i program TV