Do takich informacji dotarli dziennikarze "Dziennika Zachodniego". Powołując się na anonimowe źródło w Lasach Państwowych gazeta podaje, że młode, ważące ok. 50 kg zwierzęta, uciekły z nielegalnej hodowli w Czechach. Pumy miały być trzy, "niektóre źródła mówią nawet o pięciu" - podaje gazeta.

"Trzy grasowały na terytorium Polski, dwie w Czechach" - opowiada informator z Lasów Państwowych. "Zostały zlikwidowane po cichu, bez powiadamiania mediów. To było jedyne wyjście. Nie ma w Polsce ustawy dotyczącej postępowania z takimi zwierzętami. Przecież puma nie jest u nas zwierzyną łowną. Mimo to trzeba było podjąć jakieś kroki, więc zapadła decyzja o odstrzale. Dla tropicieli z odpowiednim sprzętem, który umożliwiał polowania w nocy, to była bułka z masłem" - twierdzi informator.

Faktem jest, że w ostatnich tygodniach zgłoszeń o dużych kotach drapieżnych jest zdecydowanie mniej, a te które są, nie potwierdzają się. Centra kryzysowe na Śląsku i Opolszczyźnie odwołały już alarm. "Nie mamy już zgłoszeń związanych z kotami. Mieszkańcy mogą wchodzić do lasu" - mówi Jerzy Szydłowski, szef Powiatowego Centrum Zarządzania Kryzysowego w Raciborzu.

O odstrzale oficjalnie nie chcą mówić łowczy i leśniczy. Wojciech Plewka, opolski łowczy, zastrzega że pułapka na pumę nadal stoi we wsi Grabówka. "Została postawiona w miejscu, gdzie pojawiały się zwierzęta. Pumę widziałem w Grabówce dwukrotnie. Żerowała przy torach kolejowych. Miała tam dużo świeżego mięsa, bo zjadała to, co potrąciły pociągi" - dodaje Plewka. Przyznaje jednak, że dostał od Ministerstwa Ochrony Środowiska zgodę na odstrzał dzikich kotów, z którego nie skorzystał.

Dziennikarze pytają też, dlaczego zwierząt nie można było trafić pociskami usypiającymi. To okazało się zbyt trudne. Aby uśpić tak duże zwierze, trzeba podejść do niego na odległość 20 m. A i tak środek zacznie działać około 40 minut po trafieniu. W tym czasie puma może skutecznie uciec łowczym.