"To jest <mafia dęblińska>. Tak nazywa się w środowisku pilotów-urzędników z ULC. Większość z nich to koledzy z wojska. Teraz pomagają sobie nawzajem. Jeśli jednemu z nich powinie się noga, odstawiany jest do tak zwanej zamrażarki i po jakimś czasie wraca" - mówi jeden z pilotów LOT-u.

Potwierdza to historia Jerzego B., jednego z urzędników, którym prokurator w środę postawił zarzut korupcji i działania w grupie przestępczej. Pod koniec 2008 r. musiał odejść z ULC - wyszło wtedy na jaw, że wbrew przepisom wydał licencję pilota pasażerskiego 50-letniemu Niemcowi, któremu zdrowie już nie pozwalało na taką pracę. Niemiec - jak wynika z dokumentów - zdał egzaminy zaliczane zazwyczaj w kilka miesięcy w kilka dni. Właśnie ta sprawa stała się początkiem prokuratorskiego śledztwa CBA, które zaowocowało zatrzymaniami.

W poniedziałek, czyli dosłownie na dzień przed akcją Biura, Jerzy B. został... ponownie przyjęty do pracy w ULC. Długo nie popracował - w środę został zawieszony w obowiązkach. "Jerzemu B. postawiono zarzut, że jako funkcjonariusz publiczny przekroczył swoje uprawnienia. Grożą mu za to trzy lata więzienia" - mówi Radosław Skiba z warszawskiej prokuratury okręgowej.

Z zebranych przez nas informacji wynika, że ULC nie miał żadnych oporów przed współpracą z łamiącymi przepisy byłymi pracownikami. W sierpniu 2003 r. naczelnik wydziału licencjonowania personelu lotniczego Stefan W. rozbił śmigłowiec z dwojgiem pasażerów na pokładzie. Powód? Jak ustaliła Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych, pogoda była dobra, maszyna sprawna - tylko pilot nie umiał w ogóle latać na śmigłowcach.

Jednak Stefan W. miał licencję i to w dodatku amerykańską. Tłumaczył, że licencję wydał mu omyłkowo urzędnik z amerykańskiego odpowiednika polskiego ULC. Ale zamiast błąd sprostować, wykorzystał go i zdobył polską licencję zawodowego pilota śmigłowca. Wystawiła ją ówczesna podwładna Stefana W. Z zebranych przez DZIENNIK informacji wynika, że urzędnik w swojej karierze miał w sumie sześć wypadków, w tym dwa za granicą.

Mimo takiej przeszłości Stefan W. odszedł z urzędu dopiero w 2007 roku, ale teraz jako właściciel firmy prowadzi dla ULC szkolenia pilotów i zamienia licencje polskie na międzynarodowe. A na zakończenie wystawia certyfikat.

Prokuratura zapowiada, że cały czas bada sprawę i niewykluczone są kolejne zatrzymania. "To śledztwo ma bardzo wiele wątków, ale na razie nie możemy ujawnić nic więcej" - mówi Skiba.

W czwartek warszawski sąd uwzględnił wszystkie wnioski prokuratury o tymczasowe aresztowanie - za kratkami znalazły się cztery z ośmiu osób, które usłyszały zarzuty dotyczące korupcji w ULC.