Do wypadku doszło wczoraj, gdy cała Polska śledziła doniesienia w lotniska w Radomiu, gdzie zginął białoruski pilot myśliwca Su 27. Okazuje się jednak, że nie była to jedyna katastrofa lotnicza tego dnia.

O godz. 17.15 150 metrów od płyty lotniska w Świdniku spadł niewielki prywatne śmigłowiec. Jego właściciel, 44-letni mieszkaniec województwa podkarpackiego, ćwiczył tzw, zwisy, czyli unieruchamiani maszyny na stałej wysokości 10 m. W pewnym momencie silniki odmówiły posłuszeństwa. Maszyna zaczęła spadać. Mężczyzna zachował jednak zimną krew, zdołał otworzyć drzwi i wyskoczył, gdy helikopter znajdował się dwa metry nad ziemią.

Ta decyzja najprawdopodobniej uratowała mu życie. Śmigłowiec stanął w płomieniach od razu po zetknięciu z ziemią. Spłonął doszczętnie. Pilot jest tylko lekko potłuczony. Przyczyny wypadku wyjaśnia policja i komisja składająca sie z ekspertów lotnictwa.