87 lat temu, 17 września 1939 r., Armia Czerwona przekroczyła granice Polski. Napaść na Polskę była konsekwencją układu podpisanego w Moskwie 23 sierpnia 1939 r. przez ministrów spraw zagranicznych Niemiec i ZSRR, który do historii przeszedł jako pakt Ribbentrop-Mołotow.
Niemiecka prasa polskojęzyczna
PAP: Czym była niemiecka prasa polskojęzyczna Generalnego Gubernatorstwa?
Wojciech Grott: Prasa polskojęzyczna wydawana przez Niemców podczas okupacji była tubą niemieckiej propagandy. Za jej pomocą okupanci realizowali własne interesy, plany i zamierzenia. Istniejące przed wrześniem 1939 roku polskie tytuły prasowe zostały niemal w całości zlikwidowane. W ich miejsce powstało raptem kilka dzienników oraz kilkadziesiąt różnego rodzaju czasopism wydawanych w języku polskim, ale tworzonych i kontrolowanych przez Niemców.
PAP: Jaki był udział polskich autorów w powstawaniu tej prasy?
W.G.: Drugoplanowy. Prowadzone przez Niemców Wydawnictwo Prasowe Kraków-Warszawa nadzorowało produkcję, wydawanie i kolportaż właściwie wszystkich gazet ukazujących się na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Publikowane w nich teksty były poddawane kontroli i cenzurze. Powołana przez Niemców agencja Polskie Wiadomości Prasowe, z czasem przemianowana na Telepress, dostarczała polskojęzyczne materiały agencyjne, przede wszystkim o charakterze politycznym i informacyjnym: o wydarzeniach na świecie, w Generalnym Gubernatorstwie, w okupowanej Polsce czy na frontach. Polacy mieli w tym zakresie bardzo niewiele do powiedzenia poza odpowiednim zredagowaniem, złożeniem i zamieszczeniem tych treści w gazecie.
Autorskie teksty tworzone przez polskich współpracowników stanowiły jedynie dodatek i rzadko służyły objaśnianiu wydarzeń politycznych. Jeżeli Polacy pisali do gadzinówek, ich udział koncentrował się głównie na utworach literackich, humoreskach czy nowelach. Te treści rzeczywiście tworzyli od podstaw polscy autorzy, ale miały one przede wszystkim nieco „uczłowieczyć” tę prasę i sprawić, by nie była postrzegana wyłącznie jako tuba niemieckiej propagandy. Co rzecz jasna nie mogło się udać.
PAP: Czy zbliżenie niemiecko-sowieckie, którego skutkiem była sowiecka agresja 17 września 1939 roku, wpłynęło na propagandę w prasie?
W.G.: Niemcy organizowali w Berlinie coś w rodzaju konferencji prasowych, podczas których redaktorom lub wysłannikom poszczególnych gazet przekazywano wytyczne dotyczące tego, co i w jaki sposób mają pisać. W okresie zbliżenia niemiecko-sowieckiego, czyli w sierpniu i wrześniu 1939 roku, wytyczne te odnosiły się przede wszystkim do gazet wydawanych w Rzeszy. Zalecano między innymi, aby do porozumienia niemiecko-sowieckiego przechodzić stopniowo, bez gwałtownego zwrotu propagandowego, a jednocześnie przedstawiać je jako swego rodzaju konieczność dziejową. Przez poprzednie lata niemiecki odbiorca był wręcz bombardowany przekazem antykomunistycznym. Dlatego nagły i całkowity zwrot propagandowy mógłby przynieść skutek odwrotny do zamierzonego.
PAP: Jak przekładało się to na prasę tworzoną wówczas przez Niemców dla Polaków?
W.G.: We wrześniu 1939 roku mamy do czynienia z okresem przejściowym i dość szczególną sytuacją. W jednych częściach kraju trwała już okupacja niemiecka i ukazywały się gazety kontrolowane przez Niemców, podczas gdy w innych Wojsko Polskie nadal prowadziło walkę nie tylko z Niemcami, ale także z Sowietami. Na przykład w Krakowie przez kilka tygodni Niemcy zezwalali na dalsze wydawanie „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” i oczywiście nadzorowali publikowane tam treści. Już wówczas można było dostrzec, że są one podporządkowywane narracji korzystnej dla Niemiec. Informacje dotyczące wkroczenia Sowietów poprzedzano próbami jego usprawiedliwienia. Pisano o rzekomych aktach sabotażu ze strony Wojska Polskiego czy o polskich samolotach, które miały przekroczyć granicę ze Związkiem Sowieckim. Była to próba zrzucenia odpowiedzialności na stronę polską albo przynajmniej zatarcia faktu, że sytuacja ta była konsekwencją porozumienia zawartego przez Niemcy i Związek Sowiecki 23 sierpnia 1939 roku. Później ten sposób narracji rozwinął się w głównych tytułach prasy gadzinowej. O Związku Sowieckim pisano w sposób neutralny, dość często przechodzący w życzliwy, a czasem wręcz przyjacielski.
PAP: O czym pisała polskojęzyczna prasa, gdy relacjonowała wydarzenia na terenach zagarniętych przez Sowietów po 17 września 1939 roku?
W.G.: Niemiecka prasa polskojęzyczna miała przekonać Polaków do dwóch rzeczy. Po pierwsze, że porozumienie niemiecko-sowieckie ma charakter trwały. Po drugie, że przejęcie przez Związek Sowiecki wschodnich terytoriów II Rzeczypospolitej jest dla tych obszarów czymś pozytywnym. Dlatego często publikowano informacje o inwestycjach podejmowanych przez komunistów: o regulowaniu rzek na Kresach, powstawaniu nowych miejsc pracy czy budowie fabryk, w których zatrudnienie mogli znaleźć miejscowi mieszkańcy.
Znaczenie miała stosowana terminologia. Już we wrześniu 1939 roku na łamach wspomnianego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” zaczęły się pojawiać określenia kojarzone wówczas raczej z propagandą komunistyczną. Nie pisano już na przykład o województwie wołyńskim czy Małopolsce Wschodniej, lecz o „Zachodniej Ukrainie” czy „Zachodniej Białorusi”. Co ciekawe, w stosunkowo niewielkim stopniu informowano o przekształceniach administracyjnych. Pojawiały się jedynie krótkie komunikaty o tym, że te rejony zostały włączone do Związku Sowieckiego.
Reportaż z Wileńszczyzny o ludności tatarskiej
PAP: W książce „»Sami wiecie, co macie sądzić…«. Niemiecka prasa polskojęzyczna Generalnego Gubernatorstwa wobec sowieckiej okupacji ziem polskich (1939–1941)” przywołuje pan reportaż z Wileńszczyzny o ludności tatarskiej. Imam Ibrahim Smajkiewicz opowiada w nim polskiej dziennikarce, że „tutaj w Polsce dobrze się czujemy, rząd polski daje nam absolutną wolność wyznaniową”. Ten tekst został opublikowany w „Gońcu Krakowskim” w grudniu 1940 roku, a brzmi, jakby pochodził jeszcze sprzed wojny. Czy to niedopatrzenie?
W.G.: Przyznam, że kiedy natrafiłem na ten konkretny materiał, prawie złapałem się za głowę, że Niemcy zdecydowali się opublikować go w tworzonej przez siebie prasie. Poza bardzo luźnym związkiem z podejmowaną tematyką tekst właściwie nie pasował do linii narracyjnej, którą reprezentowali w swoich publikacjach. Z jednej strony mieliśmy bowiem nieustanne uderzanie w polskość, polskie warunki czy polską gospodarkę, a z drugiej pojawiał się tekst zawierający fragmenty mówiące wprost, że przecież w Polsce żyło się całkiem dobrze. Powstawała więc wyraźna sprzeczność.
PAP: Jak to wyjaśnić?
W.G.: W przypadku propagandy dotyczącej Związku Sowieckiego Niemcy zaczęli w pewnym momencie bardzo intensywnie sięgać po treści tworzone przez Polaków jeszcze przed wojną. Nastąpiło to jednak głównie po rozpoczęciu wojny niemiecko-sowieckiej w 1941 roku, kiedy poszukiwano materiałów o charakterze antykomunistycznym. Wówczas wypowiedzi osób uznawanych przez Niemców za autorytety w polskim społeczeństwie były chętnie i często wykorzystywane w propagandzie. Do 1941 roku właściwie tego nie robiono, ponieważ nie było takiej potrzeby, bo linia narracyjna dotycząca Związku Sowieckiego była zupełnie inna. Przede wszystkim utrzymywano ją w duchu czegoś, co lubię określać mianem „życzliwej neutralności”. Publikowano więc materiały dotyczące gospodarki, wymiany ludności czy sytuacji wewnętrznej w Związku Sowieckim, ale przedstawiano je w tonie sugerującym sprawne gospodarowanie przejętymi obszarami. W takim przekazie nie było miejsca na wykorzystywanie przedwojennej polskiej propagandy antykomunistycznej.
Nie znaczy to oczywiście, że przed 1941 rokiem nie zdarzały się różnego rodzaju chyba nie do końca zaplanowane odstępstwa od tej linii. W pewnym momencie pojawiła się na przykład wzmianka, że pod Lwowem rozparcelowano dobra należące do polskiego właściciela ziemskiego, hrabiego Potockiego. Jaki wydźwięk mogła mieć taka informacja, jeśli nie taki, że Sowieci rugują polskich właścicieli ziemskich na Kresach? Właśnie w ten sposób mogła zostać odczytana, a nie jako informacja o tym, że Sowieci porządkują te tereny na własny sposób.
PAP: Niemiecka prasa prostowała także pojawiające się w społeczeństwie plotki: przekazanie Krakowa Sowietom czy stworzenie polskiej armii u boku Wehrmachtu, która odbiłaby wschodnie województwa II RP. Czemu to służyło?
W.G.: Prasa ta pełniła nie tylko funkcję informacyjną, polegającą na przekazywaniu społeczeństwu okupowanej Polski określonych wiadomości ze świata. To byłoby zbyt proste. Początkowo Niemcy rzeczywiście mieli wizję wykorzystywania jej przede wszystkim w ten sposób, ale dość szybko z niej zrezygnowali. Zaczęli traktować prasę jako narzędzie walki o rząd dusz, służące kształtowaniu postaw i kreowaniu określonego obrazu rzeczywistości w okupowanym kraju.
Dobrym przykładem jest sytuacja z 1940 roku, kiedy należało polskie społeczeństwo zdyscyplinować i uspokoić, przekonując je, że istniejący stan rzeczy ma charakter trwały. Przykładem może być przemianowanie znajdującej się pod okupacją niemiecką części Przemyśla na Deutsch-Przemysl, o czym również informowała prasa. Podobną funkcję spełniało reagowanie na pogłoski, jakoby część Generalnego Gubernatorstwa miała zostać przekazana Sowietom albo że Armia Czerwona stoi już niemal na granicy, gotowa wkroczyć na Lubelszczyznę i zająć ją za zgodą Niemców. Prasa służyła więc również stabilizowaniu sytuacji w Generalnym Gubernatorstwie i podporządkowywaniu społeczeństwa władzom okupacyjnym.
Propagandowy obraz Moskwy w zależności od sytuacji
PAP: Czy przed niemieckim atakiem na ZSRR propagandowy obraz Moskwy uległ zmianie?
W.G.: Do ciekawej sytuacji doszło w pierwszej połowie 1941 roku. Po wizycie komisarza spraw zagranicznych Wiaczesława Mołotowa w Berlinie jesienią 1940 roku Adolf Hitler podjął decyzję o zaatakowaniu Związku Sowieckiego. W przeciwieństwie jednak do wcześniejszych agresji - na Danię, Norwegię, Francję czy nawet Jugosławię - w prasie przeznaczonej dla Polaków nie przeprowadzono propagandowego przygotowania do wojny ze Związkiem Sowieckim. Oczywiście treści dotyczące ZSRR zaczęto stopniowo wyciszać, ale nie nastąpił wyraźny zwrot, który przedstawiałby dotychczasowego sojusznika jako wroga. Dopiero gdy nadszedł 22 czerwca 1941 roku i Niemcy zaatakowali Związek Sowiecki, właściwie z dnia na dzień dokonała się swoista rewolucja w sposobie przedstawiania drugiego z okupantów. Pokazuje to, że z jednej strony prasa była wykorzystywana w długofalowym procesie kształtowania określonych postaw, a z drugiej - służyła doraźnym potrzebom propagandowym. Co najistotniejsze, nie zawsze była przy tym konsekwentna.
PAP: Czy Polacy czytali tę prasę?
W.G.: Często patrzymy na okupację z warszawocentrycznej perspektywy: wyobrażamy sobie, że na każdym kroku pojawiał się polski konspirator z ukrytą pod pazuchą bibułą, który rozprowadzał prasę podziemną. Na prowincji i w wielu innych miastach Generalnego Gubernatorstwa sytuacja wyglądała inaczej niż w stolicy. To właśnie prasa gadzinowa była tam jednym z głównych źródeł informacji, zwłaszcza że Niemcy podeszli do zadania bardzo profesjonalnie i nie szczędzili środków ani na kolportaż, ani na zwiększanie zasięgu tej prasy. Jej nakłady były naprawdę duże, zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę warunki wojenne, problemy z zaopatrzeniem czy ograniczoną dostępność papieru. Na przykład „Nowy Kurier Warszawski”, jeden z głównych dzienników wydawanych przez Niemców, osiągał nakład nawet 400 tys. egzemplarzy dziennie. Mniejsze tytuły miały odpowiednio niższe nakłady, zależne od miejsca i grupy odbiorców, do których były kierowane - nie tylko w miastach. Prasa ta docierała również na tereny wiejskie. Istniały na przykład specjalne pisma przeznaczone dla wójtów, wydawane w nakładach rzędu kilku tysięcy egzemplarzy. Można więc powiedzieć, że system dystrybucji prasy był pomyślany w taki sposób, aby docierała ona do możliwie każdego mieszkańca Generalnego Gubernatorstwa, który potrafił czytać.
PAP: Czy polski czytelnik dawał wiarę w propagandzie?
W.G.: Nie dysponujemy metodą badawczą, która pozwoliłaby ze stuprocentową pewnością określić skuteczność propagandy. Możemy jednak korzystać z różnego rodzaju źródeł: raportów Polskiego Państwa Podziemnego, raportów niemieckiej Służby Bezpieczeństwa, a także pamiętników i wspomnień osób, które były odbiorcami tej propagandy. Obraz wyłaniający się z tych trzech podstawowych grup źródeł pokazuje, że niemiecka propaganda oddziaływała na społeczeństwo. Najlepszym dowodem jest to, że Polskie Państwo Podziemne podejmowało próby bojkotu wydawnictw prasowych publikowanych przez Niemców. Próby te w zasadzie zakończyły się niepowodzeniem. Z czasem bojkot ograniczono właściwie do czasopism kulturalnych, ale również w tym przypadku jego skuteczność była niewielka. Niemcy nie zmniejszali nakładów tych wydawnictw, a gdyby gazety się nie sprzedawały, prędzej czy później zdecydowaliby się przynajmniej częściowo ograniczyć ich nakład, choćby ze względu na koszty oraz niedobory papieru. Dlatego uważam, że propaganda przynajmniej w pewnym stopniu była skuteczna i że społeczeństwo polskie pozostawało pod jej wpływem.
PAP: Jakie można podać przykłady?
W.G.: Dobrym przykładem jest rok 1943. Po klęsce Niemców pod Stalingradem, o której zresztą informowała również prasa wydawana przez okupanta, Polacy zdawali sobie sprawę, że niemieckie wojska zaczynają się cofać. Wtedy pojawiła się informacja o odkryciu zbrodni katyńskiej. Jak zareagowało polskie społeczeństwo? Szybko zaczęło wierzyć Niemcom, że masakry dokonali Sowieci, mimo że od blisko czterech lat Polacy byli świadkami zbrodni dokonywanych przez Niemców na ulicach miast i miasteczek okupowanej Polski. Kilka miesięcy później doszło do katastrofy gibraltarskiej, w której zginął naczelny wódz generał Władysław Sikorski. Do dziś wokół kolejnych rocznic pojawiają się rozmaite komentarze i spekulacje dotyczące tego, co właściwie wydarzyło się w Gibraltarze i czy przypadkiem nie byli w to zamieszani Brytyjczycy albo Sowieci. A właśnie taką narrację prowadzili Niemcy już w 1943 roku. Uważam więc, że prasa ta z pewnością wywarła wpływ na ówczesnych odbiorców. Przykład generała Sikorskiego pokazuje nawet, że niektóre elementy tej narracji rezonują do dziś.
Rozmawiał Igor Rakowski-Kłos
Kim jest dr Wojciech Grott?
Wojciech Grott – doktor nauk humanistycznych, historyk, kustosz i główny specjalista w Dziale Naukowym Muzeum II Wojny Światowej. Interesuje się niemiecką propagandą okresu II wojny światowej, ze szczególnym uwzględnieniem treści o charakterze antykomunistycznym. Autor kilkudziesięciu tekstów naukowych i popularnonaukowych. Sekretarz redakcji czasopisma „Wojna i Pamięć”. Autor książki „»Sami wiecie, co macie sądzić…«. Niemiecka prasa polskojęzyczna Generalnego Gubernatorstwa wobec sowieckiej okupacji ziem polskich (1939–1941)” (wyd. Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku).
Dziennikarz, redaktor i korektor z wieloletnim doświadczeniem. Przez lata publikował teksty, głównie kulturalne, w rozmaitych mediach, takich jak Gazeta Wyborcza, Wprost, Wirtualna Polska. W Dziennik.pl od 2017 roku, obecnie jako wydawca i redaktor newsroomu.
