Polska Agencja Prasowa: Ks. Jerzy Popiełuszko i jego otoczenie zdawali sobie sprawę z permanentnej inwigilacji prowadzonej przez komunistyczną bezpiekę oraz coraz liczniejszych prowokacji. Zakładano, że Służba Bezpieczeństwa może się posunąć do porwania lub morderstwa?

Prof. Wojciech Polak: Panowała opinia, że "służby są zdolne do wszystkiego". Stąd stała opieka pracowników Huty Warszawa, którzy bez przerwy dyżurowali przy księdzu na plebanii parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu. Również zaufani kierowcy Popiełuszki mieli za zadanie dbać o jego bezpieczeństwo. Po tym, jak samochód, w którym podróżował, niemal został uderzony kamieniem rzuconym przez esbeków, ksiądz był wstrząśnięty i mówił, że bezpieka "coś na niego szykuje". Tym bardziej trzeba podkreślić odwagę ks. Jerzego, który jeździł po kraju i wcale nie ograniczał swojej aktywności.

Latem 1984 r. pojawiła się sprawa wyjazdu Popiełuszki na studia do Rzymu. Czy biorąc pod uwagę to, jak bardzo był zaangażowany w duszpasterstwo robotników, istniała możliwość, że zdecyduje się na przyjęcie takiej propozycji, składanej m.in. przez prymasa Józefa Glempa?

Wiemy, że ksiądz odmówił. Nie chciał opuszczać ludzi, którym był potrzebny i którzy mu ufali. Musimy jednak zdawać sobie sprawę, że na prymasa Glempa były czynione liczne naciski, aby jakoś "rozwiązał problem" Popiełuszki, m.in. przez wysłanie go na studia do Rzymu. Plotki o tym krążyły w Warszawie. Mój wujek krótko przed śmiercią księdza odwiedził go na plebanii kościoła św. Stanisława Kostki. Nie poznał go wcześniej osobiście, ale wówczas wiele osób przychodziło tam, aby okazać mu szacunek i porozmawiać. Po spotkaniu opowiadał, że Popiełuszko był bardzo spięty i zdenerwowany, ale przyjął go życzliwie i rozmawiał niemal przez dwie godziny. W pewnym momencie wymsknęło mu się zdanie: "Chcą mnie zesłać do Rzymu". Wiemy, że w bardzo stanowczej rozmowie księdza z prymasem Glempem padła ta propozycja. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość prymasowi, że nie chciał zmuszać duchownego do wyjazdu. Był przecież jego zwierzchnikiem, więc jeśli podjąłby taką decyzję, ks. Popiełuszko musiałby ją przyjąć.

Prymas Glemp do końca życia zaznaczał, że nie był w stanie skłonić ks. Popiełuszkę do wyjazdu i tym samym uratować go przed działaniami esbecji.

To prawda. Mógł sobie później wyrzucać, że gdyby wydał taką decyzję, to ksiądz żyłby. Z drugiej strony musimy pamiętać, że takie działanie wywołałoby ogromnie negatywne komentarze ze strony środowisk podziemnej "Solidarności". Trudno więc się dziwić, że ostatecznie nie zdecydował się na tak kategoryczną decyzję i nie chciał działać wbrew woli księdza i tych ludzi, dla których działalność Popiełuszki znaczyła tak wiele.

Przedstawiał pan profesor hipotezę, wedle której porwanie księdza mogło być w planach SB formą jego zastraszenia, aby wyjechał do Rzymu lub ograniczył swoją działalność duszpasterską. Jakie są przesłanki na poparcie takiego założenia?

Są to hipotezy, na które nie ma bezpośrednich, pewnych dowodów. Opieram się na różnych rozważaniach wokół wątków tej sprawy. Moim zdaniem najdziwniejszym elementem tej historii jest skok kierowcy księdza, Waldemara Chrostowskiego, z pędzącego samochodu. Nie odniósł większych obrażeń. Tymczasem esbecy odjechali, pozostawiając go jako świadka porwania. To zachowanie jest sprzeczne z elementarzem działania służb specjalnych, szczególnie komunistycznej bezpieki. Musimy pamiętać, że porywacze byli specjalistami wyszkolonymi na najlepszych wzorach KGB. Dla nich powinno być oczywiste, że dokonując takiego zamachu, nie mogą pozostawić przy życiu jego świadków, których zeznania mogłyby ich wiele kosztować. Działania porywaczy nie można wytłumaczyć inaczej niż tym, że celem całej akcji było nie zamordowanie ks. Popiełuszki, lecz jego zastraszenie. Zakładali, że poddadzą go torturom, ale w końcu wypuszczą i trafi do szpitala. W takiej sytuacji wszyscy jego przyjaciele powiedzieliby: Jurek, jedź do Rzymu, bo oni następnym razem cię zamordują.

Oczywiście nie posiadam bezpośrednich dowodów na poparcie takiej tezy. Cała sprawa przypomina mi jednak porwania, do których w tamtym czasie doszło w Toruniu. Były one dokonywane przez tzw. Samodzielną Grupę Operacyjno-Śledczą. Jej celem było błyskawiczne rozbicie solidarnościowego podziemia działającego w Toruniu. Grupa przeprowadziła cztery porwania działaczy, którzy poddawani byli torturom i zastraszaniu. Wobec niektórych pozorowano nawet egzekucje. Ostatecznie byli jednak porzucani. Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście taki był cel SB, ale to, że Chrostowski nie został zamordowany, daje się wytłumaczyć tylko tak.

Plan wykonawców porwania załamał się, gdy Popiełuszko zmarł w wyniku nieludzkiego traktowania. Warto dodać, że 25 października 1984 r. (sześć dni po przyjętej dacie śmierci duchownego) lekarkę księdza odwiedzili esbecy, którzy wypytywali ją m.in. o to, jakie leki zażywa Popiełuszko. Prokurator Andrzej Witkowski, dawniej związany z pionem śledczym IPN, jest zwolennikiem tezy, wedle której zgon kapelana "Solidarności" nastąpił wieczorem 25 października. Wspomniana sytuacja może być zatem przesłanką na poparcie tego założenia. W ostatniej chwili porywacze mogli próbować uratować torturowanego. W nocy z 25 na 26 października na tamie we Włocławku doszło do tajemniczych wydarzeń obserwowanych przez pracujących tam rybaków. Widzieli wrzucanie do rzeki czegoś, co z daleka przypominało ciało. Te wszystkie kwestie nasuwają wiele pytań.

Czy przy obecnym stanie wiedzy możemy podważyć oficjalną wersję wydarzeń, które doprowadziły do śmierci ks. Jerzego Popiełuszki?

Istniejące materiały archiwalne nie pozwalają dziś na udowodnienie wersji alternatywnej. Pozostają jednak wątpliwości, których jest bardzo wiele. Poza zeznaniami rybaków z Włocławka mamy dowód w postaci różańca, który prawdopodobnie należał do księdza. Został znaleziony w październiku 1984 r. pod toruńskim mostem drogowym na Wiśle. Obok były ślady kół samochodu. Z tych przesłanek wynikałoby, że porywacze zatrzymali się tam po porwaniu. Na procesie morderców ten wątek nie został w ogóle podjęty. Podobnie zlekceważono poszukiwania prowadzone przy szosie do Torunia w noc porwania przez milicjanta Romana Nowaka, opiekuna psa tropiącego. Pies podjął trop księdza i później go tracił na początku bocznej drogi prowadzącej do kościoła w Górsku. To mogłoby wskazywać, że Popiełuszko nie został wrzucony do bagażnika auta porywaczy, ale poprowadzony do innego pojazdu. Być może w porwaniu brały udział dwie grupy esbeków.

Takich niewyjaśnionych wątków jest wiele. Pewną przesłanką na ich poparcie jest skala działań bezpieki po procesie wykonawców zbrodni i ich zwierzchnika. Grzegorza Piotrowskiego, Leszka Pękalę, Waldemara Chmielewskiego oraz Adama Pietruszkę na polecenie gen. Czesława Kiszczaka w ramach operacji "Teresa" i "Trawa" inwigilowało czterdziestu funkcjonariuszy SB. Obserwowano też ich rodziny oraz stosowano podsłuchy, zarówno w czasie rozmów telefonicznych rodzin, jak i widzeń w więzieniu. Można zakładać, że starano się pewne sprawy ukryć. Pamiętajmy także, że tym esbekom obiecywano, iż szybko wyjdą z więzienia. Znane są słowa Kiszczaka skierowane do Pietruszki: "Trzeba będzie posiedzieć, generale Pietruszka". Tymczasem miał on stopień pułkownika. Wobec całej czwórki dwa razy zastosowano przepisy o amnestii, za drugim razem całkowicie bezprawnie.

W kontekście sprawy Popiełuszki należy wspomnieć również o innych morderstwach. W ostatnie komunistyczne święto – 22 lipca 1989 r. – została zamordowana matka Krzysztofa Piesiewicza, oskarżyciela posiłkowego w procesie morderców ks. Jerzego. Sposób zadania jej śmierci przypomina ten zastosowany w październiku 1984 r. Była to swego rodzaju zemsta esbecji. Cztery lata wcześniej zamordowano mieszkankę Warszawy Małgorzatę Targowską-Grabińską. Zginęła zapewne przez pomyłkę. Właściwym celem miała być nosząca to samo imię i mieszkająca wcześniej w tej samej dzielnicy synowa adwokata Andrzeja Grabińskiego, jednego z dwóch oskarżycieli posiłkowych w procesie zabójców Popiełuszki.

Pojawiają się również pytania, dlaczego Grzegorz Piotrowski, który w więzieniu siedział do 2000 r., nie powiedział niczego nowego. Prawdopodobnie docierały do niego rozmaite sygnały ostrzegające przed ujawnieniem prawdy. Badanie zbrodni bezpieki, także po 1989 r., mogło mieć takie konsekwencje jak w wypadku redaktora Jerzego Jachowicza, któremu podpalono mieszkanie. W pożarze zginęła jego żona. W 1989 r. doszło też do innych tajemniczych zbrodni, m.in. morderstw księży Stefana Niedzielaka, Stanisława Suchowolca i Sylwestra Zycha. W następnych latach grożono również rybakom, którzy w nocy z 25 na 26 października obserwowali wydarzenia na Wiśle we Włocławku.

W dyskusjach nad odpowiedzialnością Jaruzelskiego i Kiszczaka pojawiały się dwa zasadnicze wątki wyjaśniające ich rolę. Według pierwszego z nich zamordowanie Popiełuszki było prowokacją wymierzoną w Kiszczaka. Większość historyków z kolei raczej uznaje ich odpowiedzialność. Które z tych wyjaśnień jest bliższe prawdy?

Bez wątpienia Kiszczak i jego otoczenie wiedzieli o planach wobec Popiełuszki. W ramach struktury MSW porwanie nie było możliwe bez jego wiedzy. Jednak zgodnie ze starą zasadą panującą wówczas w resorcie spraw wewnętrznych w tak poważnych sprawach nikt nie pozostawiał rozkazów na piśmie. Dlatego udowodnienie Jaruzelskiemu i Kiszczakowi, że to oni wydali rozkaz porwania lub zamordowania Popiełuszki, jest i dziś niewykonalne.

Nie ma najmniejszego sensu dyskutowanie, czy Jaruzelski wiedział o planach porwania. Bez wątpienia wiedział. Inną kwestią jest jego umiejętność politycznego wykorzystania zbrodni. W systemie zależności państw komunistycznych od Związku Sowieckiego Kreml zakładał, że w każdym momencie musi mieć swojego kandydata na następcę sekretarza partii rządzącego jednym z podległych im krajów. Tak było m.in. w grudniu 1970 r. Sowieci uznali, że Gomułka przestaje sobie radzić z sytuacją. Wówczas „rezerwistami” byli Mieczysław Moczar i Edward Gierek. Ostatecznie wybrano Gierka. W czasach rządów Jaruzelskiego takim "rezerwistą" był były szef MSW gen. Mirosław Milewski. Czuł to "namaszczenie" Moskwy, a Jaruzelski autentycznie się obawiał, że może być niebezpieczny dla jego pozycji. Sprawa morderstwa ks. Popiełuszki stała się dla niego pretekstem do ostatecznego usunięcia Milewskiego z Biura Politycznego KC PZPR, w którym ten odpowiadał za bezpiekę. Został on kozłem ofiarnym. Jaruzelski pozbył się konkurenta, który był jednocześnie uchem i okiem Moskwy.

Oskarżyciel posiłkowy w procesie morderców, późniejszy premier Jan Olszewski, wielokrotnie powtarzał, że nie wierzy, aby ta zbrodnia była możliwa bez inspiracji i zgody Moskwy. Czy na wiele pytań nie poznamy odpowiedzi bez otwarcia archiwów sowieckich?

Prof. Wojciech Polak: Niewątpliwie. Sowieci interesowali się działalnością Popiełuszki i naciskali w tej sprawie. Z pewnością w archiwach w Moskwie znajdują się więc niezwykle interesujące materiały. Nie sądzę, żebyśmy je zobaczyli. Nawet w szczycie odwilży jelcynowskiej, gdy na światło dzienne wypływało wiele kluczowych dokumentów, te najtajniejsze akta KGB nie zostały ujawnione.