Liczba rozwodów na całym świecie rośnie z roku na rok. Najwięcej par rozchodzi się w krajach wysokorozwiniętych, np. Stanach Zjednoczonych, ale i w krajach rozwijających się, takich jak Chiny, małżeństwa też coraz częściej się rozpadają.

Rozwiedzeni nie chcą mieszkać dalej pod jednym dachem i wyprowadzają się ze wspólnego domu czy mieszkania tak szybko, jak to tylko możliwe. Niektórzy z nich muszą wrócić do rodzinnego domu, ale duża część stara się o własne lokum. W ten sposób zwiększa się liczba gospodarstw domowych. W dodatku liczba osób mieszkających pod jednym dachem w nowych, osobnych gospodarstwach jest niższa niż w domach, gdzie mieszkała wcześniej para oraz jej dzieci. A każdy dom czy mieszkanie trzeba ogrzać albo (w zależności od klimatu) ochłodzić, niezależnie od tego, ile osób w nim mieszka. I to właśnie są ekologiczne koszty rozwodu.

Autorzy artykułu z "PNAS", Eunice Yu i dr Jianguo Liu, zauważyli, że jest to czynnik, który nie był brany do tej pory pod uwagę przez specjalistów zajmujących się wpływem rosnącej liczby ludności na środowisko naturalne. Tymczasem za sprawą rozwodów liczba gospodarstw domowych na całym świecie wzrasta proporcjonalnie jeszcze szybciej niż liczba ludności świata.

Uczeni przyjrzeli się danym z 12 krajów na pięciu kontynentach: czterem bardziej rozwiniętym (były to Stany Zjednoczone, Rumunia, Grecja i Hiszpania) oraz sześciu gorzej rozwiniętym (Białoruś, Brazylia, Ekwador, Kambodża, Kenia, Kostaryka, Meksyk i Republika Południowej Afryki).

Yu i Liu obliczyli, że gdyby we wszystkich badanych krajach połączyć gospodarstwa rozwodników w (uśrednione statystycznie) pary, zaoszczędziłoby to środowisku obciążenia aż 7,4 mln gospodarstw. I to takich, w których - znów statystycznie rzecz biorąc - mieszka o blisko 1,5 osoby mniej niż w domach prowadzonych przez małżeństwa. A im mniej ludzi mieszka pod jednym dachem, tym więcej kosztuje utrzymanie takiego domostwa w przeliczeniu na głowę mieszkańca.

Na dodatek po rozpadzie małżeństwa w domach rozwodników robi się więcej miejsca- na osobę przypada średnio o pokój więcej niż przed rozwodem. Jaki jest tego skutek? Oczywiście wzrost kosztów eksploatacji. W Stanach Zjednoczonych gospodarstwa domowe, w których mieszkają rozwodnicy, wydają średnio o 46 proc. więcej pieniędzy na wodę i 56 proc. więcej na elektryczność w przeliczeniu na liczbę domowników niż małżonkowie mieszkający razem. Oznacza to, że tylko w 2005 roku w USA ta rozrzutność kosztowało środowisko naturalne 73 mln kilowatogodzin elektryczności i ponad 135 bln litrów wody!

Choć trudno od rozwodzących się ludzi oczekiwać ekologicznego myślenia, może włożą więcej wysiłku w ratowanie związku, jeśli pomyślą, co dla naszej planety będzie oznaczać ich rozwód. Jak wskazują amerykańscy uczeni, nowe gospodarstwo, które założy jeden z eksmałżonków, zajmie dodatkową powierzchnię (może nawet trzeba będzie z tego powodu wyciąć jakieś drzewa). Wybudowanie nowego domu pochłonie też dużo materiałów i energii (co od razu powinno obudzić obawy o ilość CO2, która z tego powodu dostanie się do atmosfery). Nowe lokum trzeba będzie na dodatek wyposażyć - lodówka, pralka, kuchenka, lampy, żelazka, telewizor nie tylko ogołocą portfel, ale i wydłużą listę urządzeń, które zużywają prąd.

Jak ostrzegają badacze z Michigan, rozwód nie jest jedyną przyczyną szybkiego wzrostu liczby gospodarstw domowych na całym świecie. Stoją za tym również zmieniające się wzorce społeczne, na przykład upadek rodzin wielopokoleniowych, gdzie pod jednym dachem mieszkali dziadkowie, rodzice i dzieci. Opóźnia się też wiek zawierania małżeństw, a jednocześnie wzrasta liczba młodych mieszkających samotnie. Tak więc nowocześni single są również ekologicznie podejrzani. Czyż więc polityka prorodzinna nie powinna się stać priorytetem w ministerstwach ochrony środowiska?