Opadły wszelkie dymne zasłony. Opiewająca na 200 mln złotych dziura w budżecie oraz sposób wyboru nowego prezesa to gwoździe do trumny. TVP znalazła się na dnie. Zapomnijmy, że kiedyś
nazywano ją instytucją zaufania publicznego.
Trudno to chwalić, ale i trudno zanegować fakty. Sprawca ataku na premiera Włoch Silvio Berlusconiego, choć dopuścił się czynu karalnego, zdobył nieprawdopodobną popularność w internecie.
Ponoć niedługo po zdarzeniu jego profi na Facebooku przeszeedł istną nawałnicę. Napastnik musiał wyrazić wolę tłumów, bowiem zdobył swym czynem ponad 40 tys. nowych
"przyjaciół".
Czytałem o tym i myślałem, co by się stało, gdyby ktoś zastosował w praktyce receptę na uzdrowienie naszej telewizji publicznej, zaproponowaną przed kilkoma miesiącami przez Jana Klatę.
Rzadko przyznaję rację nadziei polskiej reżyserii teatralnej, ale tym razem muszę. A Klata rzekł wówczas mniej więcej tak: zamiast dywagować nad uzdrowieniem instytucji nie do uleczenia,
trzeba zastosować opcję zerową. Rozwalić TVP do fundamentów i na zgliszczach, od podstaw, zbudować nową. Wyciąć nowotwór, aby nie doszło do przerzutów.
Wtedy pomysł Klaty raził mnie radykalizmem. Dziś nie wykluczam, że na śmiałka, który podłożyłby lont pod TVP, spojrzałbym ze zrozumieniem. Nie żeby od razu wchodzić na jego profil na
facebooku, ale jednak. Przestałem bowiem wierzyć w możliwość naprawy molocha przy Woronicza. Ostatnie tygodnie pozbawiły mnie resztek złudzeń. Wiem, że to niemożliwe, ale zacząłem sobie
wyobrażać polski pejzaż medialny bez telewizji publicznej. Co byśmy stracili? Doprawdy bardzo niewiele. Co zyskałi? Z całą pewnością oczyszczenie atmosfery.
Dlaczego "Gwiazdy tańczą na lodzie" - pytaliśmy do niedawna z uporem godnej lepszej sprawy. Telewizyjni bossowie zbywali to wzruszeniem ramion. Bo TVP nie istnieje w próżni,
funkcjonuje na konkurencyjnym rynku, musi zarobić na siebie i zapisaną w ustawie realizację misji kulturotwórczej. Zatem kretyńska gala piosenki biesiadnej ma być ceną za emisję spektaklu
Teatru TV - wynikało niezbicie z ich mętnych tłumaczeń.
Trudno, z misją kulturotwórczą w TVP zdążyliśmy się już pożegnać. Gdy okazało się, że w kasie TVP brakuje, bagatela, 150 mln złotych, runął jednak mit, pieczołowicie budowany przez
kolejnych prezesów, od kiedy pamiętam. Dotychczas argumentem na usprawiedliwienie sukcesywnego obniżania poziomu oferty programowej, a co za tym idzie ogłupiania widza, były rzecz jasna
pieniądze. Mogły wypadać z ramówki kolejne wartościowe programy, zastępowane przez szyte wedle jednej miary kompromitujące ich twórców seriale, a jeszcze lepiej telenowele. Byle zgadzały
się telewizyjne rachunki. Rachunek ekonomiczny był wybawieniem, nim dało się uzasadnić prawie wszystko.
Gdy wyszło na jaw ostatnie manko, pieczołowicie obmyślana strategia legła w gruzach. Ostatni szefowie publicznej nie tylko zatem pogrzebali jej wizerunek. Także w dziedzinie zarządzania okazali
się nieudacznikami, kompletnie nieprzygotowanymi do pełnienia takiej funkcji. Informację o tym, że na odchodnym przyznawali swoim ludziom niebotyczne premie i szemrane kontrakty, przyjąłem bez
zdziwienia. Ci, co nie od wczoraj z telewizyjnego pieca jedzą chleb, wskazują, że do takich praktyk dochodziło na Woronicza od zawsze. Tyle tylko - i to zasługa niezależnych mediów - nikt
takich ruchów nie nagłaśniał.
Od czasu zawiązania niesławnej koalicji PIS - LPR - Samoobrona politycznego klucza przy podziale telewizyjnych łupów nikt już nie ukrywał. To oczywiste, za czasów Roberta Kwiatkowskiego
publiczną zawłaszczał SLD, ale wtedy dbano o zachowanie pozorów. Potem ten trud okazał się daremny. Krojącym telewizyjny tort noga powinęła się raz, kiedy prezesem TVP zostawał Piotr
Farfał. Miał być na chwilę, wytrzymał kilka miesięcy, dbając przede wszystkim o portfele swych braci w poglądach. Rządził przez zaniechanie jakichkolwiek programowych decyzji przy braku
realnego oporu rządzącej Platformy Obywatelskiej. Był dla niej łatwiejszy do przełknięcia niż którykolwiek z ludzi znienawidzonego PiS-u. Farfał przeprowadził zwolnienia grupowe, bez
których przy przeroście zatrudnienia w TVP nie mogło się obyć. Jeśli nie podpisałby ich Farfał, musiałby to uczynić w niedługim czasie któryś z jego następców. Poza tym jednak skutków
jego władzy do dziś nie oszacowano. Nie wiadomo, ile straciła telewizja publiczna z racji niekompetencji merytorycznej swego szefa. W ile projektów nie weszła, ile przedsięwzieć właśnie z
tego powodu nie doczeka się realizacji.
Następstwo zdarzeń po Farfale dla przeciętnego obserwatora jest trudne do odtworzenia. Ilu mieliśmy prezesów po aktywiście Młodzieży Wszechpolskiej? Chyba dwóch, obaj wpadali na Woronicza
jak po ogień. Teraz wygląda na to, że karty zostaną rozdane na nowo i na dłużej. Medialny sojusz PiS z SLD rozdzielił między siebie stołki. Z grubsza wygląda to tak: dla lewicy radio
publiczne, dla ludzi Kaczyńskiego telewizja. Wreszcie zapanowała jawność, nikt niczego nie ukrywa, nikt nie trudzi się zakładaniem białych rękawiczek. Gdy piszę te słowa, rada nadzorcza TVP
zwleka z wydaniem werdyktu, kto teraz zasiądzie na fotelu prezesa. Może Przemysław Tejkowski, obecnie dyrektor Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie, które to stanowisko objął w chwili, gdy
władzę w mieście objął PiS. Nikt nie ukrywał, że z politycznego nadania. W środowisku teatralnym nazwiskiem Tejkowskiego kończą się dowcipy. Dorobek ma bogaty. W latach 90. grywał w
tarnowskim Teatrze Solskiego zazwyczaj trzecioplanowe role. Potem przeniósł się do Rzeszowa, ale też nie należał do pierwszego garnituru aktorskiego. Nie przeszkodziło mu to jednak w ubiegłym
roku objąć dyrekcji tamtejszego teatru. A to - jak się okazało - idealna trampolina - do starań o posadę prezesa publicznej.
W kuluarach mówi się, że nowy etap swej kariery Tejkowski zawdzięcza bliskiej przyjaźni z sekretarzem generalnym PiS Joachimem Brudzińskim. Rozumiem, to wystarczy za wszystkie rekomendacje. Za
innym kandydatem, Jackiem Karnowskim, stoi podobno Zbigniew Ziobro. Karnowski jest dziennikarzem, ale nie to liczy się najbardziej. Szanse w wyścigu do fotela prezesa zawdzięcza podległości
wobec swych politycznych protektorów. Czarnym koniem wydaje się Romuald Orzeł, związany z kasami SKOK menedżer. Wiadomo o nim tyle co nic i właśnie dlatego może okazać się najłatwiejszy do
zaakceptowania.
Nikt jednak nawet nie udaje, że wierzy, że nowe kierownictwo może odmienić obraz publicznej. Swoją krucjatę o przejęcie merytorycznej kontroli nad TVP od miesięcy prowadzą twórcy pod
nieformalnym przewodnictwem Agnieszki Holland. Wierzę, że gdyby zyskali wpływ na rozwój wypadków, na Woronicza wróciłby chociaż ślad kulturotwórczej misji. Nie ma co jednak kryć - każdy
kij ma dwa końce. Artyści chcą wyglądać na altruistycznych idealistów, tymczasem właśnie oni z pracy dla TVP czerpią liczone w złotówkach korzyści. Zatem, w porządku grają o misję, o
przywrócenie choćby pozorów ładu. Jednocześnie też jednak walczą o samych siebie, a o tym raczej w płomiennych wystąpieniach nie wspominają.
Rozmawiam z ludźmi i widzę, że nie tylko ja tracę cierpliwość. Niekt nie zaprzeczy, że dla milionów Polaków TVP wciąż jest oknem na świat - lepszego nie ze swojej winy nie mają. A jednak
kusi mnie opcja zero. Nietrudno mi na jakiś czas wyobrazić sobie świat bez TVP. Bez "Klanu", "Domu nad rozlewiskiem", bez siermiężnej publicystyki. I ten
świat wcale nie wydaje mi się gorszy od obecnego.