To jest nieporozumienie. List został opublikowany w lipcu ubiegłego roku w Rzeczpospolitej oraz w Gazecie Wyborczej i odnosił się do postulatów sformułowanych na Kongresie Kobiet. Propozycja parytetów dla kobiet została od tamtego czasu zredukowana. Może jako reakcja na sprzeciw wielu środowisk, w tym także kobiecych, a może jako wyraz politycznej kalkulacji. Dzisiaj projekt ustawy proponuje parytety tylko na listach wyborczych. Ale to w żaden sposób nie zmienia merytorycznych powodów naszego sprzeciwu. Cała filozofia politycznej reprezentacji budowanej na parytetowych zasadach to powtórka z PRL, to pogwałcenie demokratycznych i merytorycznych reguł wyboru ludzi na publiczne stanowiska. Mieliśmy w tzw. minionym systemie parytetowy sejm tworzony wedle proporcjonalnej reprezentacji kobiet i mężczyzn, górników i hutników, włókniarek i rolników. To się da zrobić, ale pod warunkiem rezygnacji z demokracji.
Nie mówimy, że nie istnieje problem obecności kobiet w życiu publicznym. Jesteśmy jednak przekonane, że parytety nie rozwiążą tego problemu i nie zredukują jego przyczyn. W miejsce realnej
poprawy sytuacji wprowadzają parytetową fikcję.
Parytety nie wzmocnią „politycznej reprezentacji” kobiet, bo kobiety nie są elektoratem Jednej Partii Kobiet i nie mają identycznych, politycznych poglądów. Mają przecież
prawo wyboru, także do pozostania w domu. Ale są dwie ważne, realne przyczyny ich nieobecności w życiu publicznym. Pierwsza wiąże się z pozamerytorycznymi kryteriami awansowania, czy
układania list wyborczych. Ustawowy przymus narzucający partiom politycznym parytety, do „zwykłych” pozamerytorycznych kryteriów, takich jak koneksje, uroda, wzrost, czy
pieniądze dodaje kolejny – płeć. Lekceważenie kompetencji zawsze jest szkodliwe, zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn. Proszę spojrzeć na nominacje pana Rompuy’a i pani
Ashton na najistotniejsze urzędy w Unii Europejskiej. Oto wynik działania parytetów w praktyce: miejsce dla lewicy i dla prawicy, dla małych i dla dużych państw, dla mężczyzny i dla kobiety.
A jakie są rzeczywiste dokonania i kompetencje tych osób? Czy je poznaliśmy, czy brano je pod uwagę? Nic podobnego.
Tak. Takie są konsekwencje pozornych rozwiązań i równości rozumianej jako identyczna, statystyczna reprezentatywność. Płeć jest czynnikiem różnicującym ludzi, ale biologia nie determinuje
poglądów, wyborów życiowych, systemu wartości, czy kariery. Jesteśmy wolni i mamy prawo wybierać.
Drugi problem jest poważniejszy. Chodzi mi o łączenie ról rodzicielskich z zawodowymi, a szczególnie z tymi, które wymagają niemal całkowitej dyspozycyjności, a takimi właśnie rolami są
funkcje publiczne. W Polsce łączenie pracy i rodzicielstwa jest bardzo trudne. Jeśli chcemy to zmienić, to musimy prowadzić sensowną politykę prorodzinną, tworzyć infrastrukturę usług
opiekuńczych, etc. Kobiety mają prawo, jeśli taka jest ich decyzja, do bezpiecznego i spokojnego macierzyństwa. To wymaga akceptacji społecznej dla swoistej pauzy w ich zawodowej biografii,
akceptacji szefów, także tych w polityce. Dobra polityka prorodzinna sprawi, że dylemat „macierzyństwo czy kariera” nie będzie tak dramatyczny, jak dzisiaj. Parytety nie
pomogą tym kobietom, dla których macierzyństwo jest bardzo ważne. Proszę zauważyć, jak często sołtysami zostają właśnie kobiety. Dlaczego? Bo rola sołtysa nie wymaga wyjścia z domu,
łatwo pogodzić ją z rolą domową. A pozostałe kobiety, które z macierzyństwa rezygnują, lub poprzestają na jednym dziecku poradzą sobie bez parytetowej protezy.
Pozorne działania prowadzą do pozornych sukcesów. Parytety tworzą jedynie fikcję rozwiązania dylematu, fikcję równouprawnienia. Łatwo jest je wprowadzić: jedna ustawa i partie zmuszone są
do dopisania kobiet do list wyborczych. Mogą oznajmić społeczeństwu, że problem reprezentacji kobiet w polityce został rozwiązany. A jednocześnie realnie, sytuacja kobiet łączących
rodzicielstwo z karierą nie poprawi się ani o milimetr. Merytoryczne kompetencje nadal nie będą miały większego znaczenia. W prawdziwym świecie nic nie zmieni się na lepsze.
Tak uważam. W tym projekcie zawarty został ukryty przekaz: jesteś równa mężczyźnie tylko wtedy, kiedy masz równą mu władzę, pozycję i dochody. Jeśli zostajesz w domu i wychowujesz
dzieci, to jesteś od niego mniej warta. I taki – szkodliwy i degradujący kobiety komunikat - oddziałuje negatywnie zarówno na kobiety, jak i na mężczyzn.
Postrzeganie tej inicjatywy jako spontanicznego ruchu obywatelskiego to naiwność. Moim zdaniem parytety są politycznym projektem mającym wesprzeć lewicę w nadchodzących wyborach prezydenckich
i samorządowych. Proszę zobaczyć graficzne, kolorowe, skądinąd udane logo kobiecego profilu wpisanego w mapę Polski na plakatach, kopertach i reklamówkach, używanych w trakcie zbierania
podpisów. Trudno będzie przekonać mnie, że oddolny i spontaniczny ruch obywatelski dysponuje środkami finansowymi pozwalającymi na taką rozrzutność.
p
, socjolog, etnograf, członek Kolegium IPN