: Duże, otwarte kanały koncentrują się w tej chwili przede wszystkim na rozrywce. I nie dałbym się tu zwieść ostatniemu wysypowi programów publicystycznych w
telewizji publicznej, bo to są wyłącznie programy partyjne, propagandowe. Do TVP 1 wracają dziennikarze kojarzeni z jedną opcją. A generalnie trend jest odwrotny.
Telewizja - i w Polsce, i na świecie - idzie w kierunku rozrywki, przenosząc programy publicystyczne do kanałów niszowych.
Nazwałbym to raczej znakiem czasu. Kiedyś Monika Olejnik miała swoje miejsce w dużych stacjach. Dziś, jeśli ludzie chcą polityki, to szukają kanału, który się tym właśnie zajmuje.
Słowem, to widzowie decydują, o tym, co chcą oglądać. TVN jest stacją komercyjną i nie może abstrahować od tego, czego chcą ludzie. Jeśli chcą rozrywki, to ją dostają.
To nie pułapka. To rzeczywistość. Ideałem natomiast by było, gdyby w opozycji do stacji komercyjnych istniała prawdziwa telewizja publiczna. Ta, którą mamy w tej chwili, dostała wprawdzie
leciutkie obostrzenia, by nie nadawać wyłącznie reklam, ale i tak żywi się głównie nimi. Bo w końcu nie abonamentem, którego ma coraz mniej. Żyje z rynku. Musi więc zabiegać o względy
reklamodawców. Jednocześnie jednak duże kanały się kurczą. 10 lat temu "Jedynka" była liderem, mając 26 proc. udziałów w rynku. Dziś ma już tylko 20 proc. Telewizja w
ogóle się rozsypuje. Dlatego nie lekceważyłbym kanałów niszowych. TVN 24 ma 3 proc. udziałów. A to jest sporo.
Nie znam dokładnie wykresów, którymi dysponuje TVN. Ale przypuszczam, że gdyby te osoby miały rosnącą widownię, to stacja by się ich nie pozbywała. Bo i dlaczego? Jednak problem leży
gdzieś indziej. Zainteresowanie polityką w ogóle spada. Ludzie, którzy popierają Platformę Obywatelską, często ze względu na strach przed Prawem i Sprawiedliwością uważają, że nic się
nie dzieje. Wokół rządzącej partii sporo jest zamieszania, podejrzenia o afery, a i tak sondaże ani drgną.
czytaj dalej
Ludzie mniej więcej od roku mają przekonanie, że obojętnie, co by się działo, nic się nie zmieni na scenie politycznej.
To prawda, trochę się dziwię, że te programy schodzą akurat teraz, bo temperatura debaty publicznej będzie rosła w związku z prezydenckim wyścigiem. Gdybym ruch zależał ode mnie, to
najpewniej zdecydowałbym się na niego trochę później.
Jest może dziesięciu polityków, o których nie wiem, co w danej sprawie powiedzą, dopóki ich nie usłyszę. Cała reszta jest absolutnie przewidywalna. A skoro tak, to po co się nimi
interesować? Nawet ci, którzy czasem zaskakują, robią to od miesięcy w ten sam sposób.
Załóżmy, że zgodnie z wymogami sztuki zaprosi się do programu dwóch posłów największej partii opozycyjnej i dwóch z rządzącej. I będzie dyskusja, dla przykładu, na temat szczepień.
Można dziś dokładnie przewidzieć, co kto powie. Jeszcze zanim w ogóle otworzy usta. Owszem, można zaprosić dla odmiany profesorów. Spotkają się, pogadają przed kamerami, ale przecież - i
wszyscy mają tego świadomość, także widzowie - z tego i tak nic nie wyniknie. Bo ostateczne decyzje zawsze są w rękach politykow.
Tak. Myślę, że na przykład Tomasz Lis nie uprawia partyjnej publicystyki. Nie chcę wymieniać innych nazwisk, ale co do większości kolegów dziennikarzy doskonale wiem, jak skomentują słowa
jednego czy drugiego polityka. I też nie chce mi się już tego słuchać. Bo za do bólu przewidywalnymi politykami idzie do bólu przewidywalna część komentatorów.
To wyłącznie zapotrzebowanie polityczne. Gdy kilka lat temu Andrzej Urbański ściągał do siebie Monikę Olejnik, inwestował w publicystkę niezależną. Osobę, która przyciągnie za sobą nie
tylko widownię, ale też w razie potrzeby przyłoży jednemu lub drugiemu. Teraz nie mam najmniejszych wątpliwości, komu w TVP 1 przyłoży Joanna Lichocka. Zawsze, w każdym programie.
czytaj dalej
Dziwiłbym się dziennikarzom, którzy teraz przenieśliby się do TVP. Także dlatego, że sytuacja tam jest ruchoma. Platforma w sprawie mediów publicznych powiedziała: nas to nie obchodzi.
Zawiodła tym samym swoich wyborców, bo z innymi hasłami szła do wyborów w 2007 r. Wtedy mówiła, że będzie chciała odpolityczniać media. Miała taką możliwość. Nie skorzystała z niej.
Teraz pojawia się kolejna szansa, czyli projekt środowisk twórczych. Przed wyborami prezydenckimi Platformie głupio będzie otwarcie go nie poprzeć. Podobnie koalicyjnemu PSL. Nie wykluczam, że
cały obecny układ, który powstał na nieudolności i zaniechaniu Platformy, runie. Wtedy pojawią się nowe okoliczności...
Oni nigdy nie dbali o pieniądze, bo to niczyja instytucja. Zresztą pieniądze też nie są ich. Na pierwszym miejscu jest cel polityczny. W roku wyborczym trzeba zafundować widzom maksymalnie
dużo propagandowych programów.
W jakiejś mierze tak, choć z tego, co wiem, Jaruzelski w najbliższych wyborach nie startuje. Moim zdaniem to raczej forma dokopania formacji, która i tak jest na kolanach. Ostatnio stałem się
realistą. Nie marzy mi się już to, co obiecywała Platforma, czyli całkowite odpolitycznienie TVP i publicznego radia. Ale te media wciąż mogą odzyskać twarz, nabrać odrobimy dystansu do
polityki. Bo na propagandzie tracą zawsze propagandziści. Tracą wiarygodność, szybko się zużywają. Ich programy będą oglądali przede wszystkim ci, którzy myślą dokładnie tak, jak
autorzy.
Przekonywać, że polityków w kampanii odpytują reprezentanci nas, a nie ich. Partii i układów. Cóż, pomarzyć dobra rzecz.
Grzegorz Miecugow, dziennikarz telewizyjny, twórca i prezenter "Faktów" TVN, obecnie szef zespołu wydawców TVN 24 i prowadzący "Szkła kontaktowego"