Opinię Vaclava Havla, że polskie wybory parlamentarne powinny być nadzorowane przez międzynarodowych obserwatorów, skomentuję krótko: były czeski prezydent nie jest nieomylny. To człowiek wybitny i wielce zasłużony, ale od wielu już lat oderwany od bieżącej polityki.
W dzisiejszym Vaclavie Havlu więcej jest myśliciela niż czynnego polityka. Wolno mu oczywiście wypowiadać własne poglądy, jednak uważam, że Polskę stać na całkowicie suwerenne prowadzenie swoich wewnętrznych spraw, bez ingerencji innych - nawet przyjaznych naszemu krajowi - osób. Nie wiem też, na ile Havel jest rzeczywiście zorientowany w szczegółach polskiej sytuacji ani kto go w nich orientuje.
Media doniosły, że z Havlem o stanie polskich spraw rozmawiali ludzie związani z dawną Unią Wolności. Znam dobrze to środowisko, bo choć nigdy nie byłem członkiem UW, to byłem senatorem popieranym przez to ugrupowanie. Nic mi jednak nie wiadomo, jakoby dzisiejsi Demokraci instytucjonalnie głosili pogląd, że nad prawidłowością polskich wyborów powinien czuwać ktoś z zewnątrz, nawet jeśli któryś z członków tej partii taką opinię wyraził. Ja sam, co najmniej do czasu wyborów, wolę nie wypowiadać się na tematy polityki wewnętrznej. Cieszę się pozycją bezpartyjnego staruszka.
Pozostaje jednak pytanie: co można uczynić dla ratowania naszego wizerunku za granicą, który jest dziś katastrofalnie zły? Nawet - jak widać - ludzie przyjaźnie do Polski nastawieni nie wiedzą, co myśleć o sytuacji w naszym kraju i pytają swoich przyjaciół tutaj o ich oceny. Do mnie też trafiają z takimi pytaniami - i wtedy staram się działać łagodząco, a nie jątrząco. Ale obawiam się, że oficjalna polska dyplomacja bardzo często niepotrzebnie jątrzy. Jeżeli wciąż się powtarza, że wszyscy dookoła są wrogami, to owi "wszyscy" w końcu zaczynają wierzyć, że naprawdę nimi są.
Jest mi bardzo przykro, że w ostatnich dwóch latach prestiż Polski tak bardzo ucierpiał w Europie i na świecie. Ale nie winię za to każdego polityka zagranicznego, który wyrazi o nas krytyczną opinię - zawsze najpierw szukam winy w naszym własnym postępowaniu na krajowym podwórku.