Moją pierwszą podróż za granicę odbyłem, gdy miałem 10 lat. Wraz rodzicami i młodszym bratem bawiłem w jakiejś górskiej miejscowości.

Reklama

Pewnego dnia wybraliśmy się z pielgrzymką do granicy. Strażników nie było w pobliżu i skorzystałem z darowanej mi okazji. Jedną nogę przysunąłem jak najbliżej granicy, drugą starałem się przerzucić jak najdalej w kierunku nieznanego. I w końcu wykrzyknąłem w ekstazie: "Jestem w Czechosłowacji!". Mój brat twierdził, że nie przekroczyłem środka, więc wcale nie byłem za granicą. Pobiliśmy się - wynik był z góry przesądzony, jestem o trzy lata starszy. Tyle że nadal nie byłem pewien, czy rzeczywiście odwiedziłem Czechosłowację.

To oczywiście miało miejsce w Peerelu. Jednak po upadku komunizmu wcale nie odeszło na zawsze w przeszłość, jak ucięte nożem. Pod koniec roku 1989 dwa razy przekraczałem granicę niemiecką - raz przed upadkiem Muru, drugi raz po. Za pierwszym razem enerdowscy celnicy rewidowali nasz samochód przez blisko godzinę. Za drugim razem ci sami celnicy, już nie enerdowscy, zapytani, czy długo będziemy czekać w kolejce (zbliżało się Boże Narodzenie i na granicy panował tłok) odpowiedzieli: "Będziecie czekać bardzo długo. To wszystko dlatego, że polscy celnicy nie potrafią porządnie pracować". Co można było odpowiedzieć? Że jeszcze wczoraj byli sługami Honeckera i spółki, a ja walczyłem z komunizmem? Zrozumieliśmy w mgnieniu oka, że i tak wyrok jest inny - oni już należą do lepszego świata, a my jeszcze nie.

Nie chcę przytaczać bez końca tych opowieści o granicznych poniżeniach, choć doświadczyłem ich jeszcze wielu. Wiem, że relacje ofiar mają jedną zasadniczą właściwość - gdy trwają za długo, ofiara jeszcze bardziej czuje się ofiarą. Tak więc ograniczę się do krótkiego przypomnienia podróży do Francji w roku 2005, gdy kraj ten nagle panicznie zaczął się obawiać inwazji "polskich hydraulików". W pobliżu Strasburga, nieopodal dawnego punktu granicznego Niemiec i Francji, zatrzymała nas lotna brygada żandarmerii. Po krótkiej rozmowie na temat zalet win alzackich zostaliśmy wypuszczeni, wylewnie życzono nam miłych wakacji.

Tuzin samochodów wypełnionych Polakami był w tym samym czasie dokładnie przeszukiwany. W jednym z nich znaleziono kilka ponadprogramowych paczek papierosów. Z uporem godnym lepszej sprawy marnowano pieniądze francuskiego podatnika.

Pamięć jest dziś nieustannie przywoływana jako najwyższe dobro. Nie rozumiem dlaczego. Świat, w którym żyłem, bardzo często zasługuje wyłącznie na niepamięć. Świat, który rodzi się na moich oczach, bywa znacznie lepszy.