Ale to nie demokraci mają problem, dysponując dwoma silnymi kandydatami, tylko republikanie mając jednego, ale słabego kandydata, który nie cieszy się wielkim poparciem, nawet wśród
członków swojej partii. Nie zdobył on nadal poparcia ze strony konserwatystów, religijnej prawicy ani prawicy kulturowej. Wielu wpływowych prawicowych dziennikarzy otwarcie mówi, że nic ich
nie skłoni do poparcia McCaina, a dysponują 25-milionową publicznością. Demokraci mają za to dwójkę bardzo dobrych kandydatów, co oczywiście dzieli partię. Jednak po wybraniu jednego,
Partia Demokratyczna się zjednoczy, będzie skuteczniej zbierać fundusze, i do urn pójdzie więcej jej zwolenników. Dlatego mówienie, że to demokraci mają problem, jest odwracaniem kota
ogonem.
Kwestia stanowiska ideologicznego jest ważniejsza w przypadku Partii Republikańskiej. Dlatego McCain jest kandydatem dość kontrowersyjnym, bo zajmuje bardziej liberalne i centrowe stanowisko niż
reszta jego partii. U demokratów jest odwrotnie, różnice ideologiczne między Barakiem Obamą i Hillary Clinton są nieznaczne. Inne mają tylko osobowości i historie, apelują do różnych grup
wyborców demokratycznych. Z jednej strony to pierwsza kobieta w historii kandydująca na urząd prezydenta, z drugiej pierwszy raz o nominację ubiega się Afroamerykanin. Szkoda, że takie dwie
silne osobowości pojawiły się w tym samym czasie.
Nie sądzę. W Partii Demokratycznej dominuje poczucie, że trzeba za wszelką cenę odsunąć republikanów od Białego Domu. Także część republikanów uważa, że może byłoby lepiej, gdyby
przez jaki czas porządzili demokraci, by potem łatwiej odebrać im władzę.
Chyba Obama, choć jednocześnie może zniechęcać część wyborców o liberalnych poglądach. Wielką niewiadomą jest, ilu ludzi nie zdecyduje się oddać głosu na Obamę z powodu jego koloru
skóry i ile osób nie wybierze Clinton dlatego, że jest kobietą. Ludzie nie ujawniają tego podczas sondaży.
To jego zaleta, jednak przysparza też problemów. Dlatego teraz tak zabiega o poparcie ze strony twardszej prawicy. A przez to z kolei traci poparcie wśród liberalnych wyborców.
McCain cieszy się opinią szczerego, niezależnego kandydata i uczciwego polityka, który nie angażował się w różnego rodzaju "przekręty”, do czego - w opinii wielu - zdolny
jest obecny prezydent. Nawet jeżeli w wielu sprawach, np. w przypadku Iraku, ma poglądy bliskie Bushowi, jest innym typem człowieka. A to ludzi przyciąga.
Partia, która nie ma prezydenta, najczęściej idzie do wyborów pod hasłem zmiany. A zmiana de facto oznacza po prostu chęć przeprowadzki do Białego Domu.
Zmiana w tym wypadku jest używana w sposób nieco powierzchowny. Pod tym hasłem kandydował już Jimmy Carter w 1976 roku. To samo mówił Reagan parę lat później. Bill Clinton jako kandydat z
Arkansas i George W. Bush z Teksasu także mieli wpuścić do polityki świeże powietrze. Teraz nawet McCain wiele mówi o zmianie. Wszyscy politycy starają się sprawić wrażenie, że są
outsiderami, mimo że doskonale orientują się w waszyngtońskiej polityce. Świat może być nieco zawiedziony - ktokolwiek zostanie wybrany prezydentem, polityka USA zasadniczo się nie zmieni. W
podobnym okresie, w latach 60. John Kennedy wzbudzał wielkie nadzieje na zmiany. A jednak wojna trwała w najlepsze, a on nie wahał się zająć twardego stanowiska w kryzysie kubańskim, nasilił
także amerykańskie działania w Wietnamie. I tak naprawdę niewiele się zmieniło, oprócz hollywoodzkiej strony rządzenia, czyli medialnego wizerunku prezydenta. Niezależnie od tego, kto wygra
wybory, przeprowadzone zostaną kosmetyczne zmiany, poprawi się obraz Ameryki, jednak problemy pozostaną. Nie ma łatwych rozwiązań dotyczących terroryzmu, rozprzestrzeniania broni nuklearnej
czy amerykańskiej gospodarki w globalnym świecie.
Amerykańscy politycy boją się atakować nadmierny konsumpcjonizm, bo to on napędzał amerykańską gospodarkę. Nie krytykują wprost nadmiernego deficytu, spadku oszczędności i wyprzedawania
amerykańskich obligacji za granicą. Jednak demokraci zaczęli o tym mówić przy innych okazjach. Zarówno Obama i Clinton zaczęli mówić ostatnio o planie inwestycji w infrastrukturę kraju, co
ma być alternatywą do konsumpcjonizmu jako siły napędowej gospodarki.
Tak. Podobnie jak w latach 30., program oprócz naprawy infrastruktury, miałby wzmocnić fundamenty amerykańskiej gospodarki, zwiększyć ilość miejść pracy, a jednocześnie nie zachęcać
konsumentów do szału zakupów. To plan odwrotny do tego, który mają republikanie, którzy chcieliby dalej napędzać konsumpcję, mimo że doprowadziło to do recesji.
Świadczy to o tym, że Amerykanie, gdy chodzi o wybory, są bardzo zaściankowi. Niestety, mimo że żyjemy w globalnym świecie, w czasie wyborów media i politycy skupiają się na sprawach
lokalnych. Nawet bezpieczeństwo narodowe jest postrzegane jako kwestia wewnętrzna i ludzie interesują się tylko tym, czy terroryści zaatakują bezpośrednio USA. Ani Clinton, ani Obama niewiele
o tym mówią, mimo że Hillary Clinton ma dość duże doświadczenie, a Obama parę dobrych pomysłów.
Wręcz odwrotnie. Pod rządami demokratów bardziej będzie doceniana współpraca międzynarodowa, np. w dziedzinie globalnego ocieplenia czy rozprzestrzeniania broni atomowej. Z pewnością
zostaną ponowione próby rozmów z Rosją, Iranem i Kubą. Zmieni się twarz Ameryki na arenie międzynarodowej. Główne kierunki polityki zagranicznej, obecność w Iraku i Afganistanie, czy
stosunek do krajów posiadających broń atomową, zostaną bez większych zmian. Będzie to więc zmiana stylu, a nie zawartości. Demokratyczny prezydent na pewno nie wyprowadzi w gwałtowny
sposób wojsk z Iraku. Będzie to bardzo powolny i ostrożny proces, bo nikt w USA nie chce oglądać upokarzających obrazków w stylu ucieczki Amerykanów z Sajgonu w 1974 roku. Prezydent zrobi
wszystko, by Amerykanie i ich sojusznicy nie musieli w panice uciekać helikopterami z dachu ambasady USA w Bagdadzie czy Kabulu.
Sądzę, że w przypadku zwycięstwa demokraty, nadal będzie istnieć wola polityczna, by kontynuować ten program. Wiem, że wielu Polakom podoba się idea tarczy, zważywszy, że waszym sąsiadem
jest Rosja, której polityka nie wywołuje entuzjazmu. Dlatego jestem gotów zrozumieć wasze stanowisko. Jednak nie uważam, by w dłuższej perspektywie bezpieczeństwo Polski zwiększyło się
poprzez prowokowanie Rosji. To jednak moja opinia, a nie polityków partii demokratycznej.
Proszę wierzyć, że nie ma takiego poważnego amerykańskiego polityka, który nie przywiązywałby wielkiej wagi do bezpieczeństwa Europy Środkowej. Jedyną kwestią sporną jest ilość
środków, które powinny to bezpieczeństwo zapewnić. Jedni uważają, że trzeba być twardym w postępowaniu z Rosją, inni, że skoro usiłujemy rozmawiać nawet z Iranem czy Koreą Północną,
to może zamiast gróźb, lepiej zaangażować się w dialog z Kremlem.
To prawda, że chyba konserwatyści lepiej rozumieją, jak ważny dla Ameryki jest świat zewnętrzny. Co więcej za demokratami, szczególnie podczas kampanii, ciągnie się opinia, że są
zwolennikami protekcjonizmu gospodarczego, a przez to, że są zamknięci na świat. Jednak administracja demokratów będzie bardzo otwarta na świat, a szczególnie na współpracę z naszymi
przyjaciółmi i sojusznikami.
Benjamin R. Barber, amerykański politolog, były doradca Billa Clintona, autor książek "Dżihad kontra McŚwiat” i "Imperium strachu”