Wybieram zdecydowanie pierwszą. Ale zanim to uzasadnię, proponuję byśmy spojrzeli na fakty. Porównajmy obecną sytuację Gruzji z tym, co działo się tam dwa miesiące temu. Otóż sytuacja była podobna. W Osetii Południowej praktycznie panowali rebelianci, autonomiści południowo-osetyjscy przy sprzyjającej, a nawet pomocnej postawie Rosjan. Tak jest również teraz. I tak samo jest w Abchazji. Tego problemu - jak widać - nie da się rozwiązać w ciągu kilku dni. Wymaga on, podobnie jak konflikt na Cyprze, długofalowych działań. Trzeba przy tym pamiętać, że rozwiązania natychmiastowe są to tylko rozwiązania siłowe. W tej chwili do takiego rozwiązania jest zdolny tylko jeden podmiot - Rosja.
I nikt nie mówi, że nic się nie stało. Mamy wspólne stanowisko Unii Europejskiej, zresztą osiągnięte niełatwo, a wyrażające jednoznaczną dezaprobatę wobec tego, co zrobiła Rosja.
Stanowisko stwierdzające, że działania Rosji nam się nie podobają, że są sprzeczne z naszymi zasadami. I konkretną decyzję, jaką jest zamrożenie rozmów o nowej umowie Unii z Rosją. To
jest ważny polityczny fakt. A co możemy zrobić sami? Myślę, że nic. Nie mamy bowiem żadnej egzekutywy. Możemy najwyżej pokrzyczeć. Trzeba działać wspólnie, spokojnie i na dłuższą
metę. Bliską mi diagnozą tego, co się stało w ciągu kilku ostatnich dni, jest opinia dziennika "La Repubblica", że być może ten szczyt był przyspieszonym, bolesnym,
kleszczowym ale udanym porodem wspólnej europejskiej polityki zagranicznej. Po raz pierwszy cała Unia zajmuje się samodzielnie sprawami, które są zupełnie poza jej obszarem.
Tak. Jest szansa na "obiecujące dziecko" - tyle tylko, że Unia nie ma odpowiedniej struktury do takich działań. Ta struktura nie powstanie szybko. Sarkozy ma rację, że bez
traktatu lizbońskiego nie możemy ruszyć z miejsca ani z rozszerzeniem Unii, ani z bardziej spójną polityką zagraniczną, nie mówiąc o obronnej. To wymaga cierpliwości. Trudno o nią w
sytuacji, gdy i tak dramatyczna sytuacja jest jeszcze dodatkowo podgrzewana - widzieliśmy w telewizji (Polska mówi milion, inni - sto tysięcy) ludzi w Tbilisi - a podniecenie pracuje na rzecz
Rosjan.
Zgadzam się. Ale co z tego? Możemy się obrazić i wyjść. Zauważmy, że Stany Zjednoczone się nie obraziły, ale uznały po prostu swoją bezradność w tej sprawie. Bush powiedział, że
"nie lubi siadać do stołu bez kart". Najtrudniejsze jest to, by, nie rezygnując z zasad, realnie obliczać swoje możliwości. Właśnie to zrobiła Unia. Nie można przyjmować
postawy typu: jak się nie uspokoicie, to wam damy w zęby. Nie jesteśmy w stanie tego zrobić, bo nie mamy do tego żadnego instrumentu.
Tak uważam. Przypomina mi to rozmowy w latach 70., gdy w niewielkiej grupie wysuwaliśmy postulat niepodległości. Budziło to znacznie większe zastrzeżenia niż to, o czy pan mówi.
Powtarzałem, że jeśli nie podejmiemy próby postawienia tego postulatu, to będziemy w jeszcze gorszej sytuacji. Uważam, że trzeba mierzyć siły na zamiary, ale mierzyć je racjonalnie. Jest
przed nami pewne zadanie, którego nikt za nas nie wykona. Tyle tylko, że zamiast siedzieć i narzekać, że jesteśmy słabi, musimy się wzmacniać. Unia jest jak chirurg przed operacją - już
jest na talerzu Rosji Mołdawia i już są jednoznacznie stawiane sprawy Ukrainy, która znajduje się w tej chwili w politycznej rozsypce. Unia staje wobec tego przed kolejną operacją i musi się
przed wykonaniem kolejnego zadania wzmocnić. Musi iść na kurację wzmacniającą siły, na kurację edukacyjną, musi więcej wiedzieć o tych sprawach.
Tak sądzę. Komentarze francuskie są opiniami ludzi dobrze poinformowanych i rozsądnych. Oni wiedzą, że jeżeli będziemy tylko wygrażać Rosji bez przygotowania do zbiorowych działań, to
tylko pokażemy, że jesteśmy słabsi i się ośmieszymy. Myślę, że właśnie dlatego republiki nadbałtyckie nie poparły pana prezydenta Kaczyńskiego w postulacie zastosowania sankcji, bo
wiedzą, że możemy sobie nakrzyczeć, ale nie jesteśmy w stanie nic zrobić w akcie materialnego odwetu. Z drugiej strony trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że takie straszenie w naszej prasie
i telewizji zakręceniem kurków od gazu i ropy jest na wyrost. Rosja nie może tego zrobić - chyba tylko w przypadku totalnego kataklizmu politycznego. Oni sami ropy nie wypiją, a gazu nie będą
wdychać, a pieniądze mogą dostać tylko z jednego źródła. To wzajemne uzależnienie trzeba przemienić w naszą siłę.
Gdybyśmy już mieli traktat lizboński, który przewiduje w ramach struktur Unii grupy wyspecjalizowane, to byłyby działania w ramach przewidzianych przepisami i zorganizowanych. Taka grupa
działałaby wówczas z autorytetem całej UE, największej gospodarczej potęgi świata. Na razie mamy narzędzie, które sami wysunęliśmy wraz ze Szwedami - Partnerstwo Wschodnie. I na tym
powinniśmy się skoncentrować. To powraca w postanowieniach szczytu brukselskiego i jest to nasz wielki wynalazek, który stwarza pozytywne bodźce do działania na przyszłość. Trzeba
organizować Unię tak, żeby ona umiała współdziałać, zanim wybuchnie konflikt. Konflikt w Gruzji być może przyda się Putinowi. Z pewnością jednak wszystkim innym szkodzi. Partnerstwo
Wschodnie to nowa formuła, nowy instrument - zaproponowany przez państwo natowskie na skraju UE i neutralną, doświadczoną, położoną dalej Szwecję. Idźmy tą drogą. Trzeba jak najszybciej
znaleźć koordynatora i zaczynajmy konkretne działania, które nie będą odbierane przez Rosję jako sankcje - chociaż oczywiście nie będzie się jej podobać. W każdym razie nie będzie na
nich etykietki, że chcemy Rosję kopnąć. Bo naprawdę przede wszystkim chcemy pomóc innym państwom. Ale to trzeba robić jak najszybciej - już.
Tak. I to jest też nasze wyjście z samotności, bo mamy poparcie zarówno kluczowych państw Unii, jak i państw bałtyckich, więc możemy na tym coś zbudować. To może polepszyć nasz
wizerunek, który obecnie nie jest najlepszy. Na szczęście on się nie pogorszył za sprawą Gruzji, bo podkreślaliśmy też chęć wspólnego działania. Muszę przyznać rację dawnemu hasłu
Stanisława Tymińskiego - "w jedności siła".
Kryzys gruziński pokazał duże wewnętrzne problemy Niemiec. Różnice między ministrem Steinmeierem a Angelą Merkel były bardziej widoczne na zewnątrz niż różnice między naszym prezydentem
a premierem. Ale nie ma co się z tego cieszyć. Na szczęście pani Merkel ma przewagę. Chodzi mi jednak o jedność Unii Europejskiej i nawet jeśli mamy słaby wspólny mianownik - trzeba
pracować nad polepszeniem tego mianownika, tak, aby wymagał zwiększonej koordynacji i większej zgody merytorycznej.
Trochę przesadzamy w tej sprawie. Musimy pamiętać amerykańskie powiedzenie: If you can’t lick them, join them. Ale istota sprawy w tym, że jeżeli nie będziemy mieli w Unii wspólnej
polityki zagranicznej, to im większe państwo, tym większa będzie jego pokusa na to, by robić to, na co ma ochotę. Na szczęście Niemcy są w Unii i na szczęście zachowują się lojalnie, i
na szczęście same sobie powiązały ręce zobowiązaniami międzynarodowymi. Ogromną wartością Unii jest to, że ogranicza możliwości dużych państw. Włochy także ostatnio za bardzo się
szarogęsiły - powiedziały, że w ogóle nie chcą potępienia Rosji. W końcu zostały osaczone, usiadły do wspólnego stołu i zgodziły się na wspólną deklarację. Jeśli nie byłoby nacisku
nawet na tym niskim poziomie wspólnego mianownika, to większe państwa miałyby większe i pokusy, i możliwości. Nasze możliwości są malutkie, a poza tym znajdujemy się w wyjątkowo złym
miejscu. A w Warszawie rozmawiamy sobie jakby Kaliningrad był daleko na Syberii. Niestety Rosjanie bardzo dobrze zdają sobie z tego sprawę.
Tak. Musimy wrócić do źródeł. Polskim politykom radzę czasami spojrzeć na mapę i zobaczyć, jak daleko jest od granicy rosyjskiej do Warszawy. Nie chodzi mi o kapitulację, bo jestem
ostatnią osobą skłonną do doradzania ustępstw. Chodzi mi o to, by zachowywać się rozsądnie i myśleć długofalowo. Mam nadzieję, że w ciągu dwudziestu lat uda nam się dojść do
wspólnej europejskiej polityki zagranicznej. Może nawet trochę wcześniej. Być może ten kryzys będzie bodźcem przyspieszającym. Ale aby tak się stało, trzeba konsekwentnie działać
wewnątrz Unii, a nie poza nią.
Rzeczywiście, nie przypadła. Dyplomacja to nie jest składanie oczywistych deklaracji ani demonstrowanie. To jest zwiększanie własnych możliwości, zjednywanie innych do naszego stanowiska. W
tym samym czasie warto było przekonać te państwa, które się wahały albo które wręcz udawały, że ich nie ma, do tego, że w naszym wspólnym interesie jest pokazanie jedności.
W 1939 oczekiwaliśmy nade wszystko otwarcia frontu z Niemcami. A teraz to, co oczywiste, można było powiedzieć inaczej i gdzie indziej, bo w Tbilisi temperatura była i tak zbyt wysoka. Dla
zahamowania kryzysu główną rolę odegrała ambicja i szybkość prezydenta Sarkozy’ego, który tam pojechał bez żadnych uprawnień. Saakaszwili powiedział ostatnio, że gdyby nie
interwencja Sarkozy’ego, to czołgi moskiewskie byłyby w Tbilisi - jak wszyscy wiedzą, niezwykle trudno jest później je usunąć. Natomiast przyjazd do Tbilisi i powiedzenie, że się
chce walczyć, gdy nie ma się nawet kosy na sztorc, to nie jest dobre. Oczywiście to może bardzo ładnie zabrzmieć, ale to narodom Kaukazu wcale nie pomaga.
Tak. Zasady nowej polityki powstają w biegu zdarzeń. Każdy ewentualny kryzys będzie powtórzeniem wyzwania, które podjął prezydent Francji. To kolejny dowód na moją tezę, że rodzi się na
naszych oczach wspólna polityka zagraniczna Unii. Każda kolejna prezydencja unijna będzie mogła i musiała iść tym tropem. Każdy następny przywódca będzie porównywany do
Sarkozy’ego. Będzie pytany: skoro on mógł, to ty nie?
Rosja szuka swojej racji bytu i dziś jedyną rację widzi w odbudowie imperium. To nie powinna być jej ani jedyna, ani główna racja. Ma ona problem z Chinami, które jej w sprawie Gruzji nie
poparły, i ze swoim własnym, pustym Dalekim Wschodem. Poza tym Rosjanie wymierają, jest przerażający dystans między bogatymi a biednymi, nie inwestują w siebie. I tych wszystkich problemów
Rosja nie wyleczy czołgami.Rosja jest w tej chwili problemem dla samej siebie, bo musi sama na siebie znaleźć receptę. A recepta polegająca na waleniu sąsiadom w łeb jest głupia, choć
niestety podoba się Rosjanom i to jest nasz problem.
Nie wiem, na ile Saakaszwili był niemądry. Nie wiem też, w jakim stopniu był ofiarą okoliczności. Dla mnie jest on przykładem tego, że w tak skomplikowanej sytuacji nie należy się
spieszyć. On chciał przyspieszyć historię, chciał wprowadzić "porządek konstytucyjny" w Osetii Południowej. Mamy sprzeczne relacje, na ile został sprowokowany, choć
Amerykanie powiedzieli jednoznacznie, że chcieli temu zapobiec i do ostatniej chwili namawiali Saakaszwiego, by nie zaczynał ostrzału. Amerykanie są teraz w najgorszej sytuacji, ponieważ byli
najbardziej jednoznaczni i najgłośniej popierali Gruzję, po czym okazało się, że nic nie są w stanie zrobić. Nie mogli nawet tyle, ile zrobiła Unia Europejska.
Jest sporo grymaszenia na Saakaszwilego, ale nie słyszałem na Zachodzie poważnych głosów za tym, żeby go wyrzucić. Saakaszwili jest zbyt porywczy, ale reprezentuje te zasady, które popieramy.
Być może reprezentuje je w sposób niemądry, ale będziemy go bronić.