Zamiast o zmianie stylu wolę mówić o odzyskaniu przez polską politykę zagraniczną profesjonalizmu. To jest coś, czego nie widać jak jest, ale co doceniamy, kiedy
choćby na chwilę znika. Przykład z ostatnich dni - całkowicie nieprofesjonalne zachowanie Kancelarii Prezydenta po rozmowie z prezydentem-elektem Stanów Zjednoczonych Barackiem Obamą.
Urzędnicy Lecha Kaczyńskiego, formułując ten nieszczęsny komunikat jakoby Obama zdecydowanie podtrzymał budowę tarczy antyrakietowej, przeoczyli dwie zasadnicze sprawy: po pierwsze to nie był
temat na rozmowę gratulacyjną. Nie ten czas i nie ta formuła. Po drugie, nie znali widać stanowiska Obamy w tej sprawie. Stanowiska krytycznego, którego nie ma powodu zmieniać przed
zaprzysiężeniem. To był pokaz normalnego nieuctwa. W ekipie premiera i ministra Sikorskiego takich wpadek nie ma.
To jest wyraźnie inna polityka, dość spójna i oparta na dogłębnym przemyśleniu pozycji Polski i jej interesów. Przeanalizowano stosunek między zasadami a praktyką, głównie jeśli chodzi o
kierunek wschodni. Zdano sobie sprawę, że Rosja woli konfrontację siłową, tak jak ZSRR, który wygrywał zderzenia, na przykład w latach 1956, 1968, 1981. Natomiast i Sowiety i Rosja
przegrywały konfrontacje instytucji i idei. O tym musimy pamiętać. Mówiąc inaczej, stać przy zasadach fundamentalnych, ale równocześnie w codziennej praktyce dążyć do skuteczności. Tu
warto wymienić dwa przykłady tego poszukiwania skuteczności - polsko-szwedzki pomysł Partnerstwa Wschodniego, przyjęty przez Unię, i nasza polityka wobec Białorusi.
Poczekałbym z oceną skuteczności. Na pewno mamy tam do czynienia z bardzo twardym zawodnikiem, który ma w ręku prawie wszystkie karty, a my bardzo słabe. To, co możemy zrobić, to grać na
czas i na uświadomienie Łukaszence, że w jego długofalowym interesie leży współpraca z Europą. Bo dotychczasowa polityka wobec Białorusi była na pewno nieskuteczna. Dwie zmiany, o których
mówiłem, stwarzają przynajmniej taką szansę.
I to jest nowe przemyślenie tej ekipy. Ale jest i drugie, równie ważne. Dotyczy rozpoznania naszego środowiska naturalnego. Uświadomienia sobie, że Polska jest w Unii Europejskiej i to określa naszą sytuację i nasze możliwości. Unia ma swoje wady i słabości, ale innej nie będzie, a już na pewno nie zmienimy jej unikami i grymaszeniem. Takie postawienie sprawy jest kluczowe dla dobrej polityki zagranicznej. Za tym idzie trzecie ważne przemyślenie: nowe zdefiniowanie stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, które przestają być głównym punktem odniesienia dla państwa polskiego. Nie znaczy to, że przestają się liczyć, ale nie są pępkiem świata. I teraz pamiętamy, że stosunki z USA budujemy już nie tylko jako Polska, ale jako członek Unii Europejskiej.
Mimo wszystko, to było opłacalne. Bo po pierwsze, jak już mówiłem, Rosjanie wolą konfrontację. Dużo gorzej radzą sobie ze starciem instytucji, rywalizacją w wymianie towarów, myśli, idei. Z tym, co nazywa się soft power. I my tego próbujemy. Ile czasu to potrwa - nie wiem. Czy się powiedzie - też nie wiem. Ale to jedyna dla nas droga.
Tak to właśnie widzę. Nie możemy być specjalistami od krytyki, którzy jako jedyni biorą na siebie wszelkie konsekwencje.
Sama myśl nie jest zła, bo państwa leżące na wschodnich krańcach stanowią potencjalnie najsilniejszy blok interesów wewnątrz Unii. Tylko, że to niestety dotychczas zupełnie nie
zaistniało. Nie ma takiego bloku. Słowacy, Węgrzy, Bułgarzy i inni wolą osobno porozumiewać się z Rosją. To, co my sobie wyobrażamy jako wspólnotę interesów, nie funkcjonuje.
To akurat przykład, że z tej naszej polityki nic nie wynika. Jest tam totalny chaos polityczny, z którym nie potrafimy sobie poradzić. A na dodatek jest to polityka niemądra - jak popieranie
prezydenta Juszczenki i milczące tolerowanie antypolskich i szowinistycznych wyskoków jego zwolenników na zachodniej Ukrainie.
W moim odczuciu rząd przestał się ścigać z prezydentem o Ukrainę. Ponieważ nasz prezydent, właśnie jako prezydent, ma specjalne stosunki z Juszczenką, pozostawiono to Lechowi Kaczyńskiemu,
by nie stwarzać jeszcze jednego pola konfliktu. Gdybyśmy spierali się w Polsce także i o Ukrainę, byłoby to szkodliwe i dla tego kraju i dla nas.
Okazało się niestety, że nasze stosunki z Niemcami są w pewnym stopniu zakładnikiem dwu wewnętrznych sporów. Jeden to różnica w podejściu do Rosji między szefem berlińskiego MSZ Frankiem
Walterem Steinmeierem a panią kanclerz Angelą Merkel. Nam jest bliższe stanowisko pani kanclerz, ale trudno nam się wdawać w tamtejsze debaty wewnętrzne. Drugi spór jest u nas, między
Pałacem Prezydenckim a rządem Donalda Tuska, atakowanym jako serwilistyczny wobec Niemiec. W efekcie mamy dwa spętane konie z ograniczoną możliwością ruchów. Trudno, by się żwawo
poruszały.
Pani Merkel za czasów rządów PiS usiłowała w jakiś sposób oswajać premiera Kaczyńskiego, bo ten konflikt szkodził całej Unii. Była jak dobrotliwa, cierpliwa ciotka - to było aż
krępujące. W tej chwili nie ma takiej potrzeby, bo wzajemne stosunki wróciły do normy. Nic się dramatycznego nie dzieje. Jesteśmy dobrymi sąsiadami i nie robimy sobie kawałów. Dogadujemy
się w głównych sprawach unijnych.
To dobra wiadomość, ale dla mnie spodziewana; tego chciał też rząd RFN. To był temat rozdmuchiwany politycznie.
Wystawiam mu wysoką notę. Sprawdza się dobrze, unika też wyskoków, jak wtedy, kiedy gazociąg północny przyrównywał do paktu Ribbentrop-Mołotow. Daję mu piątkę z minusem.
Niepotrzebnie pospieszył się, popychany przez wydarzenia, Pałac Prezydencki i naciskany przez pisowską opozycję, z podpisywaniem umowy o tarczy antyrakietowej. Lepiej było poczekać z
podpisaniem na to, aż Amerykanie skończą swoje analizy. Nawet Pentagon się waha, czy system ma szanse działać czy nie. A nasza szybka zgoda umożliwiła Rosjanom przeniesienie sporu na wygodne
dla nich pole konfrontacji siłowej, tego straszenia rakietami i rozpoczynania nowego wyścigu zbrojeń. Oni to uwielbiają i takie konfrontacje umieją rozgrywać na swoją korzyść. Nikt nie chce
żyć pod groźbą rakiet, zwłaszcza krótkiego zasięgu. Powinno być oczywiste, że taka konfrontacja nie leży w naszym interesie. Podobnie jak nie wydaje mi się, żeby to należało do istoty
strategii Stanów Zjednoczonych. Bo mówiąc o USA, musimy zdawać sobie sprawę z może niewygodnego ale realnego faktu, że głównym punktem odniesienie dla polityki amerykańskiej był w
ostatnich latach i na razie pozostanie Bliski Wschód. To jest da nich ważniejsze, niż przyszłość Europy Wschodniej.
Tak, ten spór, fakt, że politykę mamy dwugłową, obniża wartość polskich papierów. Trudno jest innym przywódcom ustawiać się do dwu głów równocześnie. Można dostać zeza.