JACEK SARYUSZ-WOLSKI*: Absolutnie nie. Jarosław Kaczyński raptownie zmienił stanowisko w sprawie traktatu pod naciskiem grupy eurosceptycznych posłów PiS. Ale przed podobnym dylematem wcześniej
stawało wielu czołowych europejskich polityków. Jak choćby premier Margaret Thatcher, która była znana z bardzo twardej i skutecznej obrony interesów swojego kraju w Unii. Co więcej, musiała
się ona liczyć z wielokrotnie większą grupą przeciwników integracji w brytyjskim społeczeństwie, niż to jest w Polsce. A mimo to w kluczowych dla Unii momentach pani Thatcher potrafiła
dokonać rachunku, co w długim okresie leży w strategicznym interesie jej kraju, i oderwać się od bieżącej gry politycznej. Dlatego złożyła swój podpis pod Jednolitym Aktem Europejskim czy
traktatem z Maastricht. W dzisiejszej Europie tylko pod takim warunkiem można być prawdziwym mężem stanu. Nasze społeczeństwo też powinno domagać się od polskich polityków wzniesienia się
ponad partyjne interesy. W Unii trzeba twardo negocjować i uzyskać maksymalnie dużo. Ale kiedy traktat jest podpisany, trzeba trzymać się ustaleń. Tego wymaga powaga urzędu i państwa, które
się reprezentuje. Pacta sunt servanda!
W Unii jest wiele krajów, które dużo łatwiej mogłyby pogodzić się z pozostaniem na obrzeżach Europy niż Polska. My na integrację z Europą po prostu zbyt długo czekaliśmy. Wbrew
powszechnym opiniom integracja jest dla Polski korzystna mniej ze względów ekonomicznych niż politycznych. Unia dała nam poczucie bezpieczeństwa, po wejściu do Unii uzyskaliśmy większe
poczucie bycia u siebie. Polska stała się na arenie europejskiej i międzynarodowej dużo bardziej asertywna i jest to związane mniej z członkostwem w NATO niż w Unii. Jednym z największych
osiągnięć traktatu lizbońskiego jest wzmocnienie wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, co daje szansę na wspólny głos Europy w relacjach z Rosją czy w sprawie bezpieczeństwa
energetycznego. Odrzucenie tego traktatu byłoby więc wbrew polskiej racji stanu.
Unia pogrążyłaby się w poważnym kryzysie, i to już po raz drugi w ostatnich latach. Ucierpiałaby też bardzo pozycja Polski. Tak przecież było w przypadku Francji, kraju uważanego za jeden
z najbardziej wpływowych w Unii, który po porażce referendum znalazł się w defensywie. W przypadku Polski wyjście z tego impasu byłoby jednak jeszcze trudniejsze, bo przecież sam prezydent
Kaczyńskim mówił w zeszłym roku, że ten traktat jest dla Polski wielkim sukcesem. Nie bardzo więc wiadomo, co należałoby w nim zmienić. W tak czarny scenariusz jednak nie wierzę. Postulaty
wysuwane przez Jarosława Kaczyńskiego są po prostu nieuzasadnione, a zagrożenia wyolbrzymiane. W trakcie negocjacji nad traktatem wielokrotnie przecież powtarzano, że rozwiązania dotyczące
prawa rodzinnego leżą poza kompetencjami Unii. Powtarzano też, że Unia nie ingeruje w stosunki własnościowe w krajach członkowskich. Nie ma więc możliwości, aby nad podstawie traktatu
Niemcy mogli upominać się o odszkodowania za własność utraconą po II wojnie światowej.
W ogóle nie biorę pod uwagę klęski referendum. Polacy od początku lat 90. byli zawsze bardzo pozytywnie nastawieni do integracji. Regularnie opowiadało się za nią 60 - 70 proc. pytanych.
Teraz jest ich przeszło 80 proc. Cztery lata członkostwa w Unii pokazały Polakom, że obawy i groźby podnoszone w kampanii przed referendum akcesyjnym w niczym się nie sprawdziły. Odwrotnie:
Polacy mogą swobodnie podróżować, pracować, studiować w całej Europie. Na poziomie ludzi, przedsiębiorstw, gmin mogą korzystać ze środków pomocowych, mają coraz większe możliwości
rozwoju. Szczególnie skorzystali ci, którzy wcześniej byli najbardziej sceptyczni wobec integracji: mieszkańcy wsi. W tej sytuacji zastraszenie Polaków integracją wydaje mi się zupełnie
niemożliwe.
*Jacek Saryusz-Wolski, wiceprzewodniczący PO i przewodniczący komisji spraw zagranicznych Parlamentu Europejskiego