Nie. Irlandczycy powtarzali, że popierają integrację, a głosują przeciw traktatowi, bo go nie rozumieją. W przyszłości tego typu dokumenty będą musiały być
pisane inaczej, może przez specjalistów od komunikacji. Ale idea integracji nie straciła poparcia społecznego.
W obecnej formie tak. Teraz widzę dwie możliwości. Jedna jest łatwiejsza do przeprowadzenia i pozwoliłaby Unii szybciej uporać się z obecnym kryzysem. Zakłada ona, że kraje, które jeszcze
nie zakończyły ratyfikacji, kontynuują ją. Gdy już wszędzie poza Irlandią traktat zostanie przyjęty, przywódcy UE postarają się uwzględnić powody, dla których Irlandczycy odrzucili
traktat.
Wyobrażam sobie deklarację, w której Unia zapewnia, że nie przekształci się w organizację wojskową, nie będzie dążyć do harmonizacji podatków i nie będzie ingerować w rozwiązania obyczajowe takie jak zakaz aborcji. Potem Irlandczycy ponownie przeprowadzają głosowanie, tym razem z większą szansą powodzenia.
Drugi, mniej prawdopodobny scenariusz, zakłada długi okres politycznej smuty, po której przywódcy Unii ponownie spróbują uzgodnić trzeci już, po Konstytucji i Lizbonie, traktat. Wszyscy mają świadomość, że Wspólnota potrzebuje zmian instytucjonalnych. Jednak taki scenariusz byłby niezwykle trudny do przeprowadzenia, bo po ośmiu latach rokowań Europejczycy są bardzo zmęczeni próbami reform instytucji. Wadą takiego rozwiązania jest też to, że nie koncentruje się na najważniejszym problemie, jakim jest dziś Irlandia.
To bezzasadne obawy. Polityka obronna dziś i w przyszłości wiąże jedynie kraje, które z własnej inicjatywy chcą w niej uczestniczyć. W sprawie podatków decyzje są podejmowane
jednomyślnie: każdy kraj ma prawo weta. A sprawy obyczajowe są regulowane prawem krajowym. Deklaracja dla Irlandii niczego by więc nie zmieniła.
To, co było mówione przed referendum, należy właśnie tak traktować, jako rzecz mówioną przed referendum! Teraz mamy nową sytuację i potrzebne są nowe rozwiązania.
W przyszły czwartek w Brukseli spotykają się przywódcy UE. Zdecydują, jaką strategię przyjąć. Jeżeli postanowią, że proces ratyfikacji należy kontynuować, prezydent powinien go
podpisać. W podobnej sytuacji co Polska znalazła się zresztą Wielka Brytania i Niemcy, gdzie ratyfikacja się rozpoczęła, ale jeszcze nie zakończyła.
Wynik referendum irlandzkiego to bardzo zła wiadomość i dla Polski, i dla Europy. Traktat lizboński zawiera wiele innowacji, które są dla naszego kraju ważniejsze niż system głosowania w
Radzie UE. Nie wierzę zresztą, aby na trwałe prace Unii regulował traktat nicejski. Powszechne jest bowiem przekonanie, że reforma instytucji jest konieczna. Ja w debacie nad systemem
głosowania byłem przeciwny zasadzie podwójnej większości, która zwiększa znaczenie najważniejszych państw. Opowiadałem się za pierwiastkowym system ważenia głosów. Do tego nie udało
się jednak przekonać przywódców Unii i sprawa jest zamknięta. Nie warto bić się o rzeczy, które są z góry przegrane.
Powodów jest wiele, ale wymieniłbym dwa. Bez tego dokumentu Unia nie będzie miała wspólnej polityki zagranicznej i nie zdoła mówić jednym głosem z Rosją. Trzeba będzie też porzucić
marzenia o zbliżeniu z Ukrainą i przyjęciu tego państwa do Wspólnoty. Traktat lizboński ustanawiał także wspólną politykę energetyczną. Dzięki niemu Europa mogła solidarnie działać w
razie wstrzymania dostaw gazu i ropy ze Wschodu.
*Jacek Saryusz-Wolski, przewodniczący komisji spraw zagranicznych Parlamentu Europejskiego, polityk PO