Przypomnijmy sobie, kiedy telewizja była w Polsce najmniej zdominowana przez jedną opcję. Paradoksalnie za prezesury członka PO Jana Dworaka - w latach 2004 - 2005. Stało się tak dlatego, że tego prezesa wyłoniono w następstwie skomplikowanego kompromisu między prawicowymi członkami rady nadzorczej telewizji a niektórymi postkomunistami, zwłaszcza przewodniczącą KRRiTV Danutą Waniek. Kompromisu, w następstwie którego nikt do końca nie wygrał - ani słabnąca lewica, ani słaba jeszcze i podzielona prawica.

Reklama

Dworak wprowadził na antenę kilka nowych prawicowych programów, na przykład „Warto rozmawiać”. Ale autorem i prowadzącym innego sztandarowego programu była gwiazda lewicowego salonu Jacek Żakowski, a w „Wiadomościach” linii pilnowali dziennikarze sprowadzeni tam jeszcze za Kwiatkowskiego. Każdy mógł się zżymać, czasem słusznie, na coś innego, ale przyznać trzeba jedno - telewizja Dworaka nie obsługiwała interesów żadnej partii. Dopiero podczas kampanii wyborczej 2005 dało się zauważyć lekki przechył w kierunku PO. Ale porównując z wcześniejszą kontrolą lewicy i z późniejszym wpływem PiS na tę instytucję, była to grypka na tle potężnego zapalenia płuc.

Urbański był wprowadzany na Woronicza jako mąż zaufania braci Kaczyńskich mający pilnować ich interesów. Spełniał tę misję, raz lepiej, raz gorzej, ale po przegranych przez PiS wyborach w dużej mierze z niej zrezygnował. Zapewne sądził, że przybranie barw ochronnych daje minimalną gwarancję przetrwania. Tym łatwiej było mu zmienić kolor, bo z temperamentu nie jest politycznym komisarzem, ale bywalcem najróżniejszych salonów uwielbiającym mediowanie, przyjaźnienie się z ważnymi tego świata.

Dziś PO i „Gazeta Wyborcza” wciąż tropią w publicznej telewizji programy i ludzi PiS, a politycy partii Kaczyńskiego mają szczere przekonanie, że to nie ich telewizja. Obie strony mają trochę racji. Można znaleźć programy publicystyczne, które pokazują świat zgodnie z polityczną wizją Kaczyńskiego, i można takie, które jaskrawo jej zaprzeczają. Widowiska aranżowane przez Tomasza Lisa nie pozostawiają wątpliwości co do sympatii, a jeszcze bardziej antypatii ich autora. Jego głównym celem jest wykazanie zagrożeń związanych z nazwą IV RP. Co do programów informacyjnych, kierunek ich zmiany wyznaczają awantury wywoływane przez żonę Lisa Hannę Smoktunowicz. Nie zdołala ona wymusić - i dobrze - wyrzucenia nielubianych przez siebie reporterów. Ale gdy ogląda się relacje z politycznych wydarzeń, daje się wyczuć aż przesadną troskę, by nikogo broń Boże nie urazić.

Dobrze to czy źle? Rozmaicie. Ale może to zachęta do wyjścia z zaklętego kręgu filozofii, którą przy okazji utrzymania prezydenckiego weta zaprezentował polityk PO Stefan Niesiołowski wyliczający programy Pospieszalskiego i Wildsteina do jak najszybszego zdjęcia. Może osiągnięcie stanu chwiejnej, niedoskonałej równowagi nie zależy od likwidowania nielubianych przez jedną opcję polityczną audycji, ale od dodania nowych? Może telewizja, która wykształci własną kastę bezstronnych moderatorów debaty, to utopia? Więc zadbajmy przynajmniej o jaką taką równowagę „okienek” - prawicowych, lewicowych - a w programach informacyjnych pilnujmy, aby nikt nie był obrażany. Tylko tyle i aż tyle.

Telewizja Urbańskiego nie jest tak naprawdę kłopotliwa dla nikogo. Dla PiS spełnia warunek minimum - nie ma w niej tak widocznej w mediach prywatnych tendencji, aby braci Kaczyńskich traktować jak warte wyśmiania dziwadła. Dwa lata temu prezes PiS grał o wysoką stawkę: o przekształcenie telewizji publicznej w rządową. Dziś jednak wystarczy mu przychylna neutralność. Tę Urbański jest w stanie mu zagwarantować.

Lewica może być podrażniona ideowym zabarwieniem wielu programów obecnej TVP, ale osłodą będzie dla niej względnie sprawiedliwe traktowanie w programach informacyjnych. Z pewnością skończyłoby się ono, gdyby na Woronicza wystraszonych dawnych komisarzy PiS zastąpiliby ożywiani świeżą gorliwością komisarze PO. Ów przywoływany przez kuszących Napieralskiego PiS-owców symboliczny przykład antyrządowej, lewicowej manifestacji jest trafny. Dużo łatwiej o migawki z takiego zdarzenia w telewizji Urbańskiego niż w telewizji Platformy.

Politycy PO mają oczywiście największy kłopot z uznaniem obecnego stanu rzeczy za coś innego niż stojące im ością w gardle horrendum. Już choćby dlatego, że przejęcie TVP przez PiS było symbolicznym triumfem obozu IV RP nad opozycją. A jednak z punktu widzenia strategicznych interesów Platformy w programach telewizji publicznej (dodajmy, że i radia) nic złego się nie dzieje. W PO wciąż pokutuje mit złej TVP, ale tak naprawdę partia rządząca ma zawsze podwójną skłonność obrażania się na media. Z ust prominentnych polityków Platformy można już dziś usłyszeć opinię, że i TVN zdradził. Oczywiście wśród ludzi kształtujących politykę tej partii wobec mediów pokusa ich odwojowania jest wciąż wielka - iluż przyjaciołom można by zagwarantować pracę i prestiż. Ale tak naprawdę nic nie skłania do szybkich i dramatycznych kroków. Zwłaszcza że znaczenie mediów publicznych na rynku idei maleje, więc polityczna awantura zahaczająca o delikatną materię sporów konstytucyjnych może się okazać nieopłacalna.

Jeśli coś powinno do dramatycznych kroków skłaniać, i to wszystkich, to jedynie kondycja publicznych mediów. Są one odcinane stopniowo od abonamentu, uwikłane w finansowe wojny z rządem. Przez premiera Tuska traktowane jak narośl na zdrowej tkance państwa, którą warto zniszczyć. Brak jasnej czasowej perspektywy utrudnia najbardziej energicznym prezesom prowadzenie ambitnej polityki kadrowej czy snucie dalekosiężnych planów. Zapewnienie im staffu dziennikarskiego czy menedżerskiego na przyzwoitym poziomie wymagałby politycznego spokoju.

Spokoju nie będzie, bo gdy jakaś partia ma do wyboru przejąć albo nie jakąś instytucję, w Polsce prawie zawsze wybierze scenariusz politycznej inwazji. W sumie wypada tej prawidłowości żałować, bo żaden program odpolitycznienia czy uzdrowienia publicznych mediów nie narodził się i chyba już nie narodzi wśród ekspertów ani PO, ani broniącego swego stanu posiadania PiS, ani prowadzącej grę na dwie strony lewicy. Gwarancją względnej politycznej równowagi może być jedynie prowizorka. Tyle że ona jest z natury prowizoryczna.