Po pierwsze dużo nie oglądałem, bo jestem mocno zajęty i nie mam w domu telewizora.
Zapewne jak większość Polaków odczuwałem niesmak, zgorszenie. To żenujące, że dla naszej klasy politycznej spór o miejsce przy stole liczy się bardziej niż autostrady. Nie wydaje mi się,
żebym oglądał ludzi, którym puszczają nerwy. Oni tworzą spektakl. I mimo że racja była po stronie rządu, premier powinien się zachować bardziej koncyliacyjnie. Prezydent nie powinien
nalegać na wyjazd, ale odebranie mu samolotu było groteską.
Rozmawiać z prezydentem, ale nie ujawniać potem od razu całej rozmowy. I dążyć jak najszybciej do konstytucyjnego rozstrzygnięcia tego sporu. Ja się akurat opowiadam za systemem prezydenckim,
bo prezydent jest wybierany w wyborach powszechnych i z tego powinno wynikać coś więcej niż funkcje reprezentacyjne. Ale jako naukowiec - logik uważam, że ważniejsze od tego, jaki system
wybierzemy, jest konieczność wybrania definitywnego kierunku. Przesądźmy to raz na zawsze.
Szymon Kobyliński był przeciwnikiem boksu. Ktoś mu zwrócił uwagę, że przecież bokserzy biją się na własną odpowiedzialność. Odpowiedział: w niektórych krajach zakazano walk kogutów i
przecież nie z troski o zdrowie drobiu. Spór między prezydentem i premierem jest trochę walką kogutów. Ale gdy dochodzi do wojny o to, kto ma pierwszy przejść przez drzwi, można wygrać na
swojej grzeczności. I mam wrażenie, że Polacy są na gesty przepuszczania przez drzwi szczególnie wyczuleni.
Stracili na tej rozgrywce obaj. Istnieje hipoteza o ich definitywnym zużywaniu się. Ale premier, to trzeba mu przyznać, nie zużywa się szybko.
Dzięki kontrastowi z poprzednikiem, dużej inteligencji emocjonalnej, elegancji. Myślę o nim w sumie dobrze. Polacy odetchnęli po rządach PiS. Mają rząd, który może niewiele robi, ale nie
prowadzi przynajmniej ciągłych wojen.
Nie wiem dokładnie, jak są podejmowane takie decyzje, ale oczywiście - Donald Tusk odpowiada za nie jako szef partii. Co mówię z ubolewaniem, bo w ostatnich i wcześniejszych wyborach
głosowałem na PO. Ale tak naprawdę najbardziej mam za złe Tuskowi coś, co nazywam polityką małych kroków.
Opowiem na przykładzie. Byłem na naradzie poświęconej ustawie aglomeracyjnej czy inaczej metropolitalnej. Przygotowuje je osoba, którą bardzo szanuję i lubię - Michał Kulesza. A jednak jest
to projekt bardzo, bardzo słaby.
Wszyscy, którzy się znają na rzeczy, wiedzą, że utworzenie obszarów metropolitalnych jest sprawą niezwykłej wagi, więc wzięto ją na partyjne sztandary. Tyle że ta ustawa przewiduje tak
naprawdę obowiązkowe stworzenie dwóch metropolii; śląskiej i warszawskiej. Na dokładkę w pierwszej wersji wskazano dodatkowe źródła finansowania tych aglomeracji - podatek VAT. Państwo,
czyli obecny rząd, natychmiast to oprotestowało, i ostatecznie zostały jedynie dobrowolne składki, zresztą bardzo ograniczone. To będą więc bardzo słabe organizmy.
Nie fikcją, ale brakiem odwagi. Projekt tworzony w takiej logice może, ba powinien być wirtualny. Kompromisy często unicestwiają wszelki sens decyzji. Polityka małych kroków oznacza, że nie
posuwamy się tak naprawdę w żadnym kierunku.
Jest środowisko PO i środowisko PSL. I być może osłabienie tej ustawy to ukłon wobec elektoratu koalicjanta. Ale przecież już wiele lat temu Zachód zauważył, że życie będzie się
koncentrowało w coraz większym stopniu w miastach. W USA metropolie wytwarzają 90 proc. PKB. Nas też to czeka z ustawą czy bez ustawy. Ale dzięki ustawie wielkie miasta mogłyby dać więcej
całemu społeczeństwu.
Prawda nie zawsze jest pośrodku. Nie wolno na ołtarzu kompromisu składać rozwoju, pogoni Polski za resztą Europy. Kryzys finansowy przełoży się na kryzys gospodarczy. I wypada spytać, czy
przez ostatni rok przydarzyły nam się reformy, dzięki którym spadalibyśmy z wyższego pułapu. Otóż nie. Nie ograniczono kosztów pracy, nie zrobiono niczego z podatkami, nie szarpnięto
cuglami w infrastrukturze, w energetyce. Kompromis tak, ale nie zaniechanie.
I tak i nie. Rozmawiamy głównie za pośrednictwem mediów. Kilka razy próbowałem osobiście, ale bez powodzenia, może poza rozmowami z Michałem Bonim, który jest klasą samą dla siebie.
Koledzy z PO są bardzo drażliwi. Ich pierwsza odpowiedź brzmi: krytykować to trzeba było PiS, ale nie nas. No a ostatecznie słyszę, że rządzących się nie krytykuje, bo mają z definicji
rację.
Może i tak. Przy okazji zjazdu stowarzyszenia Dolny Śląsk XXI zaproponowaliśmy, że może stworzymy w województwie szeroką koalicję. I wskazaliśmy drogę: budowanie zgody politycznej pod
patronatem - przykładowo - profesora Leona Kieresa. Opatrzyliśmy to nawet jeszcze zastrzeżeniem, że PO jako zwycięzca wyborów poprzednich powinna odgrywać w rozmowach kluczową rolę. A oni
zareagowali wściekłością. Poczuli się właścicielami profesora Kieresa, bo jest senatorem z ich namaszczenia. Oni uważają wszystkich za swoją własność. I tak wracamy do przypadków
eliminowania marszałków sejmików wojewódzkich. To są działania utrzymane w tej logice.
Jestem za porządkowaniem sceny politycznej, ale to wahadło wychyliło się za daleko. Partie się zoligarchizowały i na dokładkę przekładają własne wewnętrzne wodzowskie stosunki na
państwo.
Jednak boję się finansowania partii poza budżetem, to sprzyja korupcji. Ale jestem za wyborami w okręgach jednomandatowych, bo to pomaga wyłonić nie tylko generałów i żołnierzy, ale także
oficerów. No i finansowanie partii nie powinno być tak wysokie. Odpowiadają mi propozycje Eryka Mistewicza - część tych pieniędzy powinna być przeznaczona na coś innego niż reklamy. Nie
może być tak, żeby partie prały ludziom mózgi za ich własne pieniądze.
Koledzy z Platformy straszą mnie na różne sposoby. Po pierwsze tym, że mi zarzucą, że nie zajmuję się Wrocławiem. Po drugie tym, że ogłoszą, jak źle używam karty kredytowej. A jak się
okazuje, że się tego nie boję, bo zajmuję się Wrocławiem, a wszystkie moje działania są uczciwe i transparentne, dodają: my już mamy 200 milionów na kampanię. Przykryjemy cię
czapkami.
Jak usuwano na wniosek Platformy Andrzeja Łosia z funkcji marszałka naszego województwa, od razu pewna gazeta napisała, że wydawał za dużo na słone paluszki. Do mnie przychodzą ludzie i
mówią: słuchaj Rafał, oni chcą sprawdzić, jak ty używasz karty kredytowej.
Nie. Radni, samorządowcy. Jedni ostrzegają z życzliwości. Inni dopytują się z niepokojem, czy to co słyszeli, a słyszeli różne bzdury, jest prawdą.
Być może. Niestety ten folklor nie posuwa spraw do przodu. Wolałbym spierać się na argumenty.
PiS wprost deklarował, że jest zwolennikiem scentralizowanego państwa. A jednak odwołany marszałek województwa śląskiego Moszyński powiedział nie bez przyczyny, że nigdy nie mieliśmy tak
silnego zawłaszczenia samorządów przez centralną politykę jak za obecnego rządu. Partia przewodnia próbuje egzekwować swoje uprawnienia. A przecież wybory samorządowe, zwłaszcza lokalne,
powinny mieć charakter bardziej obywatelski niż partyjny. We Wrocławiu radni reprezentowali rozmaite interesy - terytorialne, środowiskowe - najpełniej w 1990 roku, gdy byłem przewodniczącym
komitetu obywatelskiego "Solidarności", a partie jeszcze się nie rozwinęły. Dziś politykami najwyższej rangi są u nas posłowie, a politykami niższej rangi kierownicy ich
biur poselskich, którzy muszą znaleźć miejsce w którymś z samorządów. To często zacni ludzie, ale reprezentują biuro polityczne, a nie swój region.
Wierzę, że tę rzeczywistą centralizację można przełamać przez ordynację większościową. Z której PO już się wycofuje, podobno ze względu na PSL. W tej chwili zresztą samorządy,
zwłaszcza lokalne, mają tylko z pozoru wielką władzę. Nie uzyskały wielkiego wpływu na kształt prawa, bo poruszają się w świecie przeregulowanym przez ustawy parlamentu.
Bałem się, że pan mnie o to spyta.
Tak tak, ja się nie wymawiam. Jestem zwolennikiem komercjalizacji, więc w tym sporze stoję razem z PO. Najważniejsze jednak, żebyśmy, przesądzając kształt opieki zdrowotnej, coś
postanowili: zupełnie jak z wyborem: ustrój prezydencki czy kanclerski.
Więc powtórzę: PiS ma nastawienie centralizacyjne, ale stanowisko PO mnie nie satysfakcjonuje. Oligarchiczne partie nawet jeśli rozszerzają prawa samorządów, czynią to pozornie.
Poza wyborami większościowymi w jednomandatowych okręgach receptą jest siła i ciągłość instytucji oraz trwałe standardy.
Więc jedyną drogą dla ludzi myślących jak ja jest wejście z tymi partiami w polityczne zwarcie. Rafał Matyja słusznie zauważa, że jak się stawia nowe idee, to one najpierw są wyśmiewane,
potem krytykowane, a wreszcie realizowane.
Jesteśmy na początku drogi. Kiedy przyjdzie czas, pokażemy swoją siłę.
Nie jesteśmy partią i nie musimy się poddawać sprawdzianowi w każdych wyborach. Choć ja przecież nie wymawiam się od deklaracje, że będziemy tworzyli ruch polityczny. I mogę pana
zapewnić: jest zapotrzebowanie na coś nowego. To się czuje w powietrzu, słyszy w rozmowach z ludźmi.
Mam, choć złożone. Sensowne jest to, żeby gimnazja i licea "widziały się". Bo do tej pory niestety rozłupano ciągłość nauczania w szkołach średnich. Nauczanie
angielskiego - po tysiąckroć tak! Upraszczanie listy lektur - bardzo zły pomysł! Wcześniejsze posyłanie dzieci do szkół - zdecydowane nie!
Dobrze, że poleciał. Problemem jest brak przygotowania Ukrainy do tego gestu. Brak poczynań osłonowych, bo Ukraina to nasz najważniejszy partner na wschodzie. Zdałem?
Chodzi mi o modernizację, o to żeby Polska nie była krajem innej prędkości niż reszta Europy. Chodzi mi o silne zdecentralizowane instytucje i wysokie standardy.
Nie będę się wysilał na opowiadanie historyjek. Nasz kraj jest na szarym końcu w dostępie do szerokopasmowego internetu. Wśród państw Unii wyprzedzamy szczęśliwie Bułgarię i to wszystko.
Na ciekawe historie przyjdzie czas później.
Polacy mają prawo za swoje podatki do autostrad, a nie awantur. Mogę panu obiecać: wymieciemy całą tę klasę polityczną. Prędzej czy później.
*Rafał Dutkiewicz, prezydent Wrocławia, lider ruchu Polska XXI