Zapraszano mnie przed konferencją i teraz za pośrednictwem poniedziałkowego DZIENNIKA. Z góry uprzedzam, że nie skorzystam.
Dlatego, że nową inicjatywę polityków, którym kończy się np. kadencja w europarlamencie, jestem w stanie zrozumieć, ale nie jest mi z nią po drodze. Przecież i ja, i pani, i nawet oni sami
na sobotniej konferencji nie wierzyli, że jest to prawdziwa próba stworzenia nowej formacji. Ani mnie, ani "Krytyki Politycznej" nie interesuje logika nakierowana jedynie na
przedłużenie czyjegoś poselskiego mandatu. Od kilku lat konsekwentnie, i chyba z powodzeniem, budujemy fundamenty poważnej organizacji, a nie doraźnej samopomocy kilku polityków. Doraźnej,
czyli wymierzonej na to, żeby udało się jeszcze ten jeden raz.
Nowe było chyba tylko to, że pierwszy raz autorzy jakiejś inicjatywy ogłaszali jej powstanie, polemizując ze sobą nawzajem podczas konferencji prasowej. W Krakowie słyszeliśmy Dariusza
Rosatiego, który zadeklarował powstanie inicjatywy politycznej, Włodzimierza Cimoszewicza, który mówił, że ona nie powstaje, i Jana Widackiego, który podsumował: powstaje, ale nie
powstaje.
Kilku ma szanse dostać się do europarlamentu, w ramach reprodukcji znanych twarzy. Piotr Zaremba w DZIENNIKU celnie porównał to przedsięwzięcie do sytuacji Unii Wolności, której łabędzim
śpiewem okazały się udane wybory właśnie do europarlamentu. Jeśli jednak powstaną dwie listy, krakowska i eseldowska, to obie mogą skończyć jak kilka partii prawicowych w wyborach z 1993
r., czyli z wynikiem 4,9. Sądzę więc, że na krótko przed wyborami powstanie jedna lista i obie strony będą musiały się nieźle nagimnastykować, żeby wyjaśnić ten alians: jedni z
tworzenia nowej inicjatywy, a drudzy z patriotyzmu SLD-owskiego.
Na to, na co liczą wszyscy politycy z tamtej strony, którzy się do nas systematycznie zgłaszają z propozycjami współpracy. Wszyscy oni zdają sobie sprawę, że "Krytyka"
jest dziś jedynym szybko rozrastającym się lewicowym środowiskiem, które dysponuje potencjalnym znaczeniem politycznym, nowymi twarzami i instytucjami. Po stworzeniu pisma, wydawnictwa, sieci
klubów, przygotowujemy na przyszły rok otwarcie instytutu badawczego, czyli pierwszego prawdziwego lewicowego think tanku w Polsce. Tylko takie konsekwentne działania pozwalają przyciągać ludzi
do lewicy, a także wprowadzić do debaty publicznej kompletny i przemyślany lewicowy program polityczny. Na poczekaniu, między konferencjami prasowymi, można wymyślić tylko zbiór ogólnie
słusznych komunałów, że chcemy Europy i żeby było lepiej, a nie gorzej.
"Krytyka" zawsze mówiła otwarcie, że ma ambicje stać się akuszerem nowej lewicowej formacji, ale nie chcemy działać doraźnie. Żeby pokonać w Polsce prawicę, trzeba
naprawdę czegoś więcej niż paru stołków w sejmie polskim albo europejskim. Prawica w Polsce budowała się przez całe lata.
Dobrze wiemy, że nie można całe życie dobrze się zapowiadać. "Krytyka" powstała jako próba wyznaczenia innej drogi między dwoma dominującymi na lewicy nurtami:
politycznego pragmatyzmu partii władzy oraz antypolitycznego radykalizmu sekty. Nas interesuje polityka, której nie zamienia się ani w pragmatyzm, ani w moralność. Staramy się doceniać
znaczenie i pierwiastka programowego, i organizacyjnego.
Bez obaw. Na razie jesteśmy dwudziestoparolatkami i udaje nam się realizować po kolei wszystkie nasze plany. Nie ma powodu, żebyśmy nagle zaczęli działać pochopnie. Choć dobrze wiemy, że
skok w politykę partyjną to zawsze skok na głęboką wodę i zawsze zbyt wcześnie. Myślę, że rozstrzygających będzie kilka najbliższych lat. Ale też nikomu nie gwarantujemy, że stworzymy
partię polityczną. Jeśli uznamy, że więcej możemy zrobić w sferze metapolitycznej, to w niej pozostaniemy.
Liczymy się z tym, że budowa nowej formacji oznaczać będzie konieczność jakiejś kombinacji nowej i starej lewicy. Jarosław Kaczyński i Donald Tusk nauczyli się chodzić na nieporównanie
większe kompromisy. Nie będziemy im robić takich prezentów i toczyć nieustających wojen na ideowość po przeciwnej stronie sceny politycznej. Mój sceptycyzm wobec krakowskiej inicjatywy nie
wynika z jakiejś niechęci wobec Marka Borowskiego czy Andrzeja Celińskiego, tylko ze świadomości, że od samego mieszania herbata nie zrobi się słodka.
Aleksander Kwaśniewski, podobnie zresztą jak Włodzimierz Cimoszewicz, to politycy spełnieni, którzy już nic nie muszą, a jedynie mogą. Nie będą się bić o stołki, do żadnej partii już
raczej się nie zapiszą i mają komfort myślenia niedoraźnego. Zarazem są jedynymi po tej stronie politykami dużego kalibru, którzy dysponują szerokim zaufaniem społecznym i każdy, kto chce
budować coś na lewicy, musi się z tym liczyć. Także my.
Nie zmieniam mojego krytycznego spojrzenia na kształt polskiej transformacji po 1989, a mówimy o jej głównych architektach, ale też muszę pamiętać o tym, że w latach 90. bezkrytyczna wiara w
założenia neoliberalizmu była zjawiskiem powszechnym na całym świecie. W tym samym roku, w którym zaczęła się polska transformacja, Francis Fukuyama ogłosił koniec historii i trudno
czynić zarzut Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, że tak jak niemal całe jego pokolenie dał się uwieść tej idei. Uwiodła przecież nawet takich lewicowców z krwi i kości jak Jacek Kuroń,
którego traktujemy jako najważniejszego naszego współczesnego patrona.
To zrozumiałe. Włodzimierz Cimoszewicz chce mieć znaczenie dla całej nieprawicowej sceny politycznej, nie odcina się więc ani od polityków zgromadzonych w Krakowie, ani od SLD, choć zachowuje
wyraźny dystans.
Dla ogromnej części społeczeństwa to są politycy godni zaufania. Nie zamierzam tego lekceważyć. "Krytyka" nie jest lewicowym kółkiem różańcowym, a ja nie jestem
lewicową zakonnicą. Nie należy oczekiwać ode mnie, że będę dystansował się od poparcia, jakie wyraża dla nas Aleksander Kwaśniewski. Wręcz przeciwnie, jest mi ono bardzo miłe.
Dziś nie pretendują do roli architektów nowych inicjatyw, ale ich głos może okazać się bardzo ważny dla powstania nowej formacji. Ponadto nie są zakładnikami krótkiej perspektywy, a to
jest niezbędne dla stworzenia czegoś naprawdę nowego i silnego na lewicy.
Próżnia na scenie politycznej już jest widoczna, a będzie się powiększać, zwłaszcza po lewej stronie. Na razie ta scena jest sztucznie zablokowana przepisami o finansowaniu partii
politycznych, przepisami, które de facto premiują każdego, kto odpowiednio wcześnie załapał się na budżetową dotację. Na dłuższą metę jednak to sztuczne wspomaganie przestanie odgrywać
rolę. A warunki wejścia dla trzeciego aktora będą coraz korzystniejsze. Konflikt między premierem i prezydentem, który dotąd zapewniał obu stronom dominację, bo angażował całość uwagi
mediów i społeczeństwa, zaczyna już męczyć wszystkich i działać na niekorzyść obu stron. Wraz z gorszącymi utarczkami o samoloty i miejsca przy stole nastąpiło przesilenie i koło
wzajemnych korzyści zmienia się w błędne koło autodestrukcji.
Sprawy zaszły już za daleko i nie widać, jak miałyby zostać rozwiązane. Przecież jeśli premier z prezydentem nie umieją umówić się, kto jakim leci samolotem, to tym bardziej nie
porozumieją się w sprawie ustawy kompetencyjnej. Zresztą żadna ustawa i żaden werdykt Trybunału Konstytucyjnego nie uniemożliwią prezydentowi rozciąganie swoich kompetencji. Donald Tusk
długo potrafił ustępować, ale też miał wygodniejszą sytuację: do boksowania się z PiS wysyłał kamikadze Palikota, a sam mógł odgrywać dobrego policjanta. Ale tym razem osobiście
zaangażował się w spór - wówczas architekt polityki miłości pokazał swoje nieeleganckie, złośliwe i małostkowe oblicze. Negatywne konsekwencje tego konfliktu zostaną jeszcze wzmocnione,
gdy do Polski dotrą skutki globalnego kryzysu finansowego. Już dziś Polacy odchodzą z banku z kwitkiem zamiast kredytu mieszkaniowego. Nasi sąsiedzi, Niemcy i Ukraina, stanęli na skraju
recesji. W efekcie poparcie dla PiS i PO nawet jeśli nie spadnie, to straci na intensywności i jego część łatwo może przejść na kogoś trzeciego.
Chyba "Polska bez Nowej Generacji". Jest jeszcze Rafał Dutkiewicz i Polska XXI, która może zakłócić ten demoralizujący kontredans dwóch wielkich prawicowych partii. Tylko
że po prawej stronie dużo trudniej znaleźć wolne miejsce dla nowej inicjatywy.
Gdybyśmy rozmawiali w 2000 roku, pytałaby pani kogoś na moim miejscu, na przykład Cezarego Michalskiego, czy kiedykolwiek odrodzi się w Polsce prawica, która wówczas była synonimem
kłótliwości, nieskuteczności i kolejnych konwentów św. Katarzyny. Czy trzeba było czekać długo? Tymczasem w naszym pokoleniu nie powstało ani na prawicy, ani w centrum nic znaczącego.
Dzisiejsi polityczni hegemoni okazują się bezdzietni, a stare skojarzenia wracają...
*Sławomir Sierakowski, redaktor naczelny "Krytyki Politycznej"