Nic zatem dziwnego, że w ramach szukania nowych dowcipów sięgnęła do tlącej się w Polsce od ponad pół wieku wojny pomiędzy miastem i wsią.
I to nie Kononowicz tam sięgnął, nie Lepper, ale postać bez porównania bardziej poważna - Frasyniuk, jeden z historycznych liderów „Solidarności”, jeden z historycznych liderów historycznej Unii Wolności. Skoro już jednak jesteśmy społeczeństwem w rozpadzie, warto przypomnieć, że nie Frasyniuk jest tu jedynym czy nawet głównym winowajcą. Wszyscy w to gramy, łącznie z obrażającą się dzisiaj na Frasyniuka partią chłopską, czyli Polskim Stronnictwem Ludowym.
a jedynie związkiem zawodowym ZSL-owskiego aparatu, obrastającym młodzieżą z dawnej ZMW oraz nowymi wiejskimi lobbystami i cwaniakami Bo PSL mogło pójść z każdym, w zamian za możliwość obsadzenia paroma rodzinami paru ministerstw czy rządowych agencji. Z czasem "ludowcy" nauczyli sporą część polskiej wsi, że polityka polega na wydzieraniu kłócącym się ze sobą miastowym kolejnych przywilejów: dotacji do KRUS-u, dotacji do produkcji rolnej, lwiej części dotacji unijnych...
a który oznacza bezwględne żerowanie wyborców PSL na podatkach i składkach emerytalnych ludzi pracujących w miastach. Niech przeprosi za archaiczną, małoobszarową strukturę polskiej wsi, gdzie większość gospodarstw pracuje w przedpotopowym trybie samowystarczalności i autarkii. A unijne dopłaty, które mogłyby iść na drogi, szpitale czy szkoły, zamiast tego petryfikują dziesiątki tysięcy parohektarowych skansenów.
Frasyniuk zachował się nie jak polityk, ale jak krotochwilny UPR-owiec. Ale duma Pawlaka i jego partii z samych siebie także mnie zdumiewa. Urażona godność działaczy ludowych nie ma żadnych podstaw. Przez ostatnie dwadzieścia lat nie modernizowali Polski. Byli tylko sprawnym, skutecznie zorganizowanym lobbystycznym kamieniem u szyi.